Skuteczna reklama na blogach sprzedawana za pomocą AdTaily(PLALLADTAILY0002)

wtorek, 29 września 2009

Udana próba

Dawno temu jak, byłam jeszcze piękna i młoda, prezentowałam wam i namawiałam do spróbowania sałatki z fety i ryżu z ciecierzycą i suszoną żurawiną. Wiele osób dziwiło się, że takie połączenie może być smaczne, że jak tak feta, żurawina, ryż, ciecierzyca razem...
Mi bardzo to połączenie posmakowało i od tamtej pory bardzo często je powtarzam, modyfikuję, ulepszam...
Wczoraj na noc nastawiłam cały gar suchej ciecierzycy, tak do namoczenia, by później krócej ją gotować. W nocy natomiast, nie mogą zasnąć i przewracając się z boku na bok, by nie mysleć o tym, że znów będę zmęczona, kombinowałam co by tu zrobić z tych okrągławych ziarenek.
Następnego dnia lukając do lodówki mój wzrok natrafił na cukinię i gdy ciecierzyca miękła w gorącej kąpieli, ja zaczęłam szukać pomysłu na cukinię. Natrafiłam na przepis Asi z Kwestii Smaku na cukinię z rodzynkami i w głowie zaświtała mi pewna myśl: gdyby rodzynki zastąpić żurawiną, pinole płatkami migdałowymi, nie dawać cukru a wszystko to podać nie z rybą a z ryżem i ciecierzycą? Hmmm, próbujemy! I próba się udała.
Pyszne :) a i brzusio szczęśliwy, bo najedzony :) Hirek nie dostał nic, bo na laski poleciał ;)



Ryż z ciecierzycą i cukinią z żurawiną
1 porcja
50 g ryżu basmanti
60 g ugotowanej ciecierzycy lub ciecierzycy z puszki
sól, pieprz, granulowany czosnek

1 mała cukinia
łyżka suszonej żurawiny
łyżka płatków migdałowych
1/2 ząbka czosnku
1/2 łyżka soku z cytryny
1/4 łyżeczki suszonego tymianku
odrobina oliwy
sól i świeżo zmielony pieprz

Ryż ugotować, doprawić do smaku solą, pieprzem i czosnkiem. Wymieszać z ciecierzycą.
W czasie gotowania ryżu, cukinię umyć, odciąć końce i przekroić ją wzdłuż na 4 części, a każdą część obrać obieraczką do warzyw, tworząc cienkie paski.
Na patelni rozgrzać odrobinę oliwy, wrzucić posiekany drobno czosnek i zrumienić, a następnie dodać paseczki cukinii. Polać sokiem z cytryny, posypać solą, pieprzem i tymiankiem. Dusić chwilę, aż cukinia zmięknie. Następnie dodać suszoną żurawinę.
Płatki migdałowe uprażyć na suchej, teflonowej patelni i odstawić na bok.
Ryż z ciecierzycą wyłożyć na talerzyk, na to wyłożyć cukinię z żurawiną i posypać płatkami migdałowymi.

niedziela, 27 września 2009

Zmiana diety ;)

Prawda boli, oj boli. Pewnie nie raz, nie jeden z was sie o tym przekonał. Czasem boli tylko jedną osobę, czasem więcej, ale jak juz zacznie boleć to jest kiepskawo...
Co wtedy robimy, a różne dziwne rzeczy. A to chowamy się do własnej muszelki albo do wieżyczki z grubym murem, albo to zamilkamy nie wiedząc co zrobić, co powiedzieć, a to...
Czasem te nasze ucieczkowe zachowania ranią innych, czasem także nas, ale brniemy w nie dalej, bo im więcej czasu mija, tym ból jest większy, tym bardziej nie wiemy co zrobić...A czas mija, a czas nie zawsze goi rany, czasem je pogłębia, a my właśnie z tym czasem robimy coraz to głupsze rzeczy...w akcie desperacji? Nie wiem, nie znam się, zarobiona jestem.
Hirek mówi, że też nie wie, że nie ma czasu pomyśleć, zwłaszcza, ze na stole leżą 3 krówki, kujawskie krówki, i to nie jego w dodatku, a grubas tak by coś słodkiego wrzucił na ząb, zwłaszcza, ze ja krówkę dostałam, jemu nie dałam, sama potrzebowałam trochę osłody, a ta osłoda pewnie w biodra zawędrowała...
a niech se wędruje gdzie chce...
Ja teraz mam ważniejsze rzeczy na głowie, muszę wziąć zapałki w garść i spalić kilka mostów, albo je tylko troszkę osłabić by same runęły z hukiem...
Ale ja znów nie o tym co trza, tak ot przyszło mi to na język i napisałam. Miało być o Hirku i jego ryżowej fascynacji, a moim dbaniu o jego brzuchol, co by się nie powiększał. Chciał coś słodkiego, coś pysznego, coś ala krówka. Krówki nie dostał, za to dostał pyszny i na pewno bardziej zdrowy i niesamowicie aromatyczny ryż, ryż, który i mój brzuszek zadowolił i połechtał smacznie podniebienie. Hirek przestawia się na dietę ryżową ;)



A dzięki komu, a dzięki Komarce no! Smaczna chwila przyjemności (masło maślane ;) )



Pilaw z kurczaka w szafranie
za Komarką z moimi modyfikacjami
1 porcja
400 g ryżu basmati (wzięłam 80g),
4 łyżki sklarowanego masła (łyżeczka),
1/2 łyżeczki szafranu,
1 łyżeczka cynamonu (1/2),
1/2 łyżeczki mielonych goździków (1/4),
2 strączki kardamonu (1/2 łyżeczki mielonego),
2 łyżki rodzynek (łyżka),
2 łyżki migdałów, pinioli lub orzeszków ziemnych (migdały),
około 1 litr bulionu (250 ml),
jogurt naturalny (najlepiej grecki lub bałkański)
300 g filetów z piersi kurczaka (100g)
trochę żółtej pasty curry (opcjonalnie ;)) (nie dałam)

Mięso pokroić w kostkę. Jogurt wymieszać z cynamonem, odrobiną soli i pastą curry, dodać kurczaka. Marynować kilka godzin.
Masło (1/2 łyżeczki) rozgrzać w garnku, dodać ryż i wymieszać. Dodać szafran, goździki i rozgnieciony kardamon. Wlać bulion i gotować na małym ogniu około 20 min. Na patelni rozgrzać pozostałe masło, dodać zamarynowane mięso, rodzynki, orzechy i usmażyć aż mięso będzie miękkie. Dodać do ugotowanego ryżu, doprawić do smaku solą i dokładnie wymieszać.

piątek, 25 września 2009

Ryżowy Hirek

Powinnam teraz robić coś innego, coś o wiele ważniejszego, pilniejszego, coś na wczoraj...
Coś co chodzi mi ciągle po głowie, coś o czym ciągle myślę, coś po części smutnego a po części motywującego...
Ale jak zwykle jak jest coś na wczoraj to znajduję tyle pilniejsieszych spraw lub przyjemniejszych lub takich, które tak kuszą i tak mnie pociągają, że to co na wczoraj przekładam na trochę później, może na wieczór albo noc...
Teraz właśnie tak mam, zamiast robić coś zupełnie innego, wyłączyć komputer i zająć się „obowiązkiem” to ja nie mogę się powstrzymać i muszę się pochwalić. Znów!
Co znów? A no znów się chwalę i znów jadłam, i to nie suchą bułkę (choć ją też, rano na śniadanie, biegnąc przed siebie). No, ale nie o bułce miało być, a o moim nowym eksperymencie kulinarnym. Wyśmienitym eksperymencie kulinarnym, który po pierwsze pozwolił mi w końcu poznać prawdziwe oblicze mleczka kokosowego, które wcześniej było dla mnie takie nijakie, a po drugie jeszcze bardziej polubiłam swego rodzaju warzywne gulasze.
Jadałam wcześniej mleczko kokosowe w różnych typach dań, a to w zupach, a to w deserach, ale tak prawdę mówiąc nie zachwyciłam się nim. Dopiero teraz wiem ile może wnieść do potrawy i już kombinuję, jakby tu zrobić by dotrzeć w moim biegu, gdzieś po drodze, do sklepu, w którym je nabędę ;)



A co do curry, no to nie jest takie prawdziwe curry, tylko takie moje, takie eksperymentatorskie... To moje curry to taki mix różnych przepisów, więc nawet źródła inspiracji nie podam. Po prostu w jednym przepisie spodobało mi się to, w drugim to, zapisałam te „spodobania” i zaczęłam eksperyment :)

Nawet Hirek się skusił i nie pogardził nim, a on podobno makaronowy ;)




Warzywne curry z ryżem

pół małego brokuła
1 niewielka cukinia
200 ml mleczka kokosowego
pół szklanki ugotowanej ciecierzycy (można pominąć)
1/2 łyżeczki sosu sojowego
kilka migdałów
oliwa lub masło
curry, kurkuma, pieprz Cayenne, słodka papryka – do smaku
ugotowany brązowy ryż (waga przed ugotowaniem ok. 100-150 g)
garść świeżych listków bazylii
Brokuł podzielić na różyczki i ugotować na parze (uważać by nie rozgotować, ma być twardawy). Cukinię umyć i pokroić półplasterki grubości 0,5-1 cm i zeszklić na odrobinie oliwy lub masła.
Dodać ciecierzycę i zalać mleczkiem kokosowym. Dodać posiekaną bazylię, przyprawić do smaku sosem sojowym, curry, pieprzem, kurkumą, papryką i chwilę dusić wszystko pod przykryciem.
Migdały zblanszować i pozbawić skórki. Dodać warzyw.
Na talerz wyłożyć ryż i curry. Ponieważ danie jest sycące samo w sobie ryż można pominąć :)

środa, 23 września 2009

Jem!

I znów padają pytania o to gdzie jestem, czy jeszcze żyję, czy w ogóle jeszcze jem...
A jem i to nawet sporo, choć nie zawsze zdrowo.
Nie, stop, raczej powinnam napisać, że jem niewiele, ale jem i zwykle nie zdrowo.
Na ten przykład jakąś bułkę w biegu, przegryzając ją pomidorem (ludzie się na mnie na ulicy dziwnie patrzą) albo jakiś serek na kolanie. Ale jem. O!
Ciekawe jak długo jeszcze tak pociągnę, już robią zakłady kiedy padnę, ale ostrzegam, ze mnie twarda sztuka jest ;)
Tym bardziej, że czasem nawet zdarza mi się zjeść coś bardziej normalnego i pożywnego. Coś bardziej zdrowego i smacznego (choć i tak nic nie wygra z serkiem wiejskim ;) ). Jak znajdę chwilkę to staram się przyrządzić coś z mojej komputerowej książki kucharskiej, czyli wylukanych kiedyś przepisów (zwykle blogowych) do wypróbowania :)
Wczoraj znalazłam pół g(a)dzinki i zrobiłam sobie fajowskie danie. Obłędnie smaczne i apetyczne (przynajmniej dla mnie ;) i nie tylko ;) )!



Sałatka z grillowaną cukinią, kaszą kuskus i serem feta
1 porcja
60 g kaszy kuskus
bulion
1 mała cukinia
kilka różyczek brokuła
feta, ok. 30 g
garść liści bazylii, posiekanych
posiekany szczypiorek (ile się sypnie)

Dressing
łyżka octu balsamicznego
pół łyżeczki miodu
łyżeczka soku z cytryny
łyżka sosu sojowego
zmiażdżony ząbek czosnku
pieprz
Kaszę zalać gorącym bulionem (tak na wysokość dwóch palcy nad kaszą) i odstawić pod przykryciem aby kasza wchłonęła bulion.
W tym czasie wymieszać składniki dressingu i odstawić. Cukinię pokroić w cienkie plastry lub wzdłuż i zgrillować lub zblanszować. Brokuły ugotować na parze.
Kaszę połączyć z warzywami oraz bazylią i szczypiorkiem. Polać dressingiem i posypać pokruszoną fetą*.

* ja o fecie przypomniałam sobie po sesji zdjeciowej ;P

Inspiracja

niedziela, 20 września 2009

Na dwa gary

Kto był na Paście i Baście! dobrze wie.
A o czym?
A o nowym współlokatorze, który przyleciał do mnie w środę i już się zadomowił i już swoje rządy wprowadza. Ale ja mu się nie daje i jeszcze po dobroci z nim rozmawiam.
Taki sobie oto Hirek , w moherowym bereciku, mieszka u mnie już od środy, bo...bo go Zemfiroczkanie chciała ;) Czemu nie chciała, tego nie wiem, ale ja obiecałam się nim jak najlepiej zaopiekować, dawać mu jeść, tulić do snu i wypuszczać czasem na miasto, by odwiedził swego starego kumpla Filutka :)



Jeść mu daję i to całkiem dużo, zgodnie z nową jego dietą, je makaron, już nie zupy. Jednak z niego taki głodomor, że już dla mnie nie wystarcza! Więc gotuję na dwa gary, coś dla niego i coś dla mnie. Niby mogłabym zrobić więcej, ale Pan Hieronim jest waćpanem i nie chce jeść tego samego co ja. On musi mieć coś innego. Więc dla niego makarony i łosie, a dla mnie równie pyszne i wymyślne ryże i brokuły :)*


*p.s. jak nie patrzył to mu skubnęłam trochę z talerza ;)

Ryż z brokułowym pesto i cukinią
70 g ryżu
pół brokuła, rozdzielonego na mniejsze różyczki
łyżka mielonych migdałów
pół łyżki uprażonych płatków migdałowych lub zapałek migdałowych
odrobina soli i pieprzu
ok. pół kubeczka jogurtu naturalnego (ok. 50 g)
kilka listków bazylii
pół małej cukinii
posiekany ząbek czosnku
łyżka soku z cytryny
Ryż ugotować. W tym czasie na parze ugotować brokuły i cukinię pokrojoną w plasterki. Część brokuł zmiksować z mielonymi migdałami, czosnkiem, jogurtem, fetą, sokiem z cytryny i bazylią. Doprawić do smaku solą i pieprzem.
Ryż wymieszać z pesto, połączyć z cukinią i resztą brokuł. Na talerzu posypać płatkami/zapałkami migdałowymi i odrobiną fety.


Inspiracja

Say Cheese

wtorek, 15 września 2009

Mignęła czerwonym oczkiem

Kto pamięta ten i wie, że było u mnie Oczko.
A no było, co prawda krótko, za krótko, krócej niż powinno, ale było. Nie!
Raczej mignęło, bo u mnie to mało byłyśmy, raczej gołego Pana oglądałyśmy i po sklepach się szwędałyśmy w poszukiwaniu makaronu. Ale oprócz makaronu były tez inne zakupy, w sumie okołomakaronowe, bo w celu zrobienia makaronu, makaronu z czymś.
Oczko zdecydowało, że z cukinią i fasolą i też te dwa obiekty pożądane przez nasze żołądki zakupiła. Ale, że nasze żołądki ciągle żądne napełnienia, nawet te 8 minut na przygotowanie pasty to za długo. Zaspokoiłyśmy je serkiem wiejskim w wersji z pomidorem i cebulą- ja, w wersji z tuńczykiem i cebulką (albo i bez, bo czerwonej nie było a ja później Oczku do misy nie zaglądałam, choć trochę uskubnęłam ;) – Oczko.



Zatem cukinia się ostała i fasolka też. Cukinię zjadłam z kluchami, a fasolka została i dziś doczekała się skonsumowania ;) A, że czasu ciągle brak, fasolka w prostej oprawie została podana :)




Czerwona fasola z fetą i migdałami

- 200 g ugotowanej fasoli lub z puszki
- 30 g fety
- łyżka uprażonych płatków migdałowych
- łyżka octu balsamicznego
- pół łyżeczki miodu gryczanego
- łyżka soku z cytryny
- ząbek czosnku
- łyżeczka oliwy
- pieprz, zioła prowansalskie
Fasole odsączyć z zalewy lub z wody z gotowania.
Ocet, sok z cytryny i oliwę wymieszać z miodem, dodać zmiażdżony ząbek czosnku, pieprz i zioła prowansalskie. Odstawić do przegryzienia.
Sos wymieszać z fasolą, na wierzch pokruszyć fetę i posypać płatkami migdałowymi.

Inspiracja

Say Cheese

poniedziałek, 14 września 2009

Roczek boczek ;)

Kto by pomyślał, że ten rok tak szybko zleci...
Pamiętam, jakby to było wczoraj, jak czaiłam się by założyć tego bloga. Jak chciałam, ale z drugiej strony bałam się, jak tak nagle postanowiłam, że chcę i muszę i i i ...
...powstał mój wirtualny eksperymentalny zeszycik kulinarny.
Miał on stanowić tylko taki notatnik, nic wielkiego, nic skomplikowanego.
Miał zawierać proste, szybkie i często dziwne połączenia różnych składników, które mi zasmakowały i nie chciałam ich zapomnieć, chciałam gdzieś zanotować... ku pamięci.
Ale blog jak widzicie przeszedł małą ewolucję, mam taką nadzieje, nie tylko przepisową a i zdjęciową (pomijając dzisiejsze zdjęcie ;) )...
Jak już nie dawno pisałam, blogowanie zabiera mi dużo czasu, ale nie żałuję, że zaczęłam, nigdy nie będę żałować. Poznałam wiele wspaniałych osób, nauczyłam się mnóstwo nowych rzeczy, m.in. gotować zupy, robić prawdziwe risotto czy piec chleb. A jak zaczynałam przecież to jedynie rozgotowany ryż z groszkiem z puszki potrafiłam wymieszać ;)

Swoją przygodę rozpoczęłam sałatką brokułową Małgosi.dz i planowałam dziś was też poczęstować czymś brokułowym, może jakimś flanem...zapiekanką...ciecierzycą z brokułami i orzechami i makaronem ;)



Jednak pomyślałam, ze to doskonała okazja by pochwalić się wygraną :) Wygraną, hmmm może nie do końca, no ale otrzymaną w wyniku łutu szczęścia, wylosowania karteczki z moim nickiem przez Agatkę :) Otrzymałam śliczną książeczkę, kolorową, słodką, z pięknymi zdjęciami i kuszącymi przepisami. I serdecznie dziękując Agacie i ciesząc się z urodzin bloga zapraszam was na delikatny mus/krem waniliowy, na który przepis znalazłam właśnie książce od Agatki :)



Mus wyszedł bardzo smaczny, o smaku jakby kogla mogla. Jak zawsze trochę zmodyfikowałam przepis i zamiast miałkiego cukru dałam cukier brązowy, „zmiałczony” w moździerzu ;) Przepis podaje by zapiekać go w kąpieli wodnej 30 min, jednak ja musiałam dłużej. No i w lodówce opada, było go więcej jak wlewałam go do foremek... No ale co tam, grunt że smaczny ;)

No to jak zdmuchujemy świeczkę i jemy, a potem balujemy:>? Sponsor stawia :)



p.s. czy to zdjęcie z kremem w kokilkach nie przypomina wam (tak jak mi) znicze na grobie? ;p cholipka to przystroiłam nie ma co!

Miseczki z kremem waniliowym
400 ml mleka
1 laska wanilii
3 żółtka
1 jajko
80g miałkiego cukru (u mnie brązowy rozdrobniony w moździerzu)
Rozgrzać piekarnik do 140 stopni. Wlać mleko do garnka. Przedzielić laskę wanilii na pół, wyskrobać nasionka i wrzucić wszystko do mleka. Zagotować mleko.
W tym czasie wymieszać razem żółtko, jajka i cukier. Zalać je gorącym mlekiem i dokładnie połączyć. Zebrać pianę, która powstanie na powierzchni.
Wlać do 4 okrągłych foremek i umieścić na blaszce do pieczenia. Wlać do blachy tyle wody, aby foremki były w niej zanurzone do połowy. Piec przez 30 min, aż krem będzie twardy w dotyku. Odstawić na metalową podstawkę do ostudzenia, a następnie wstawić do lodówki.
źródło: Dania słodkie, praca zbiorowa.

piątek, 11 września 2009

Jeszcze są!

Na blogach powoli pojawiają się smutasy i smutaski na temat kończącego się lata, które zabierze ze sobą wszystkie wspaniałości, które przyniosło.
Zniknie ten ogrom owoców i warzyw, które otaczają nas z każdej strony, zrobi się szaro i buro. Będą tylko o wiele mniej smaczne i droższe niektóre warzywa, a my będziemy tęsknić za tym co było.
Ja się jednak nie smutam i cieszę się tym co jest dziś, teraz, w tym momencie. Staram się czerpać jak najwięcej z tego co mogę teraz zdobyć na ryneczku koło mojego domu. Zresztą na smutasy i rozmyślania zbyt wiele czasu nie mam, ba! wcale nie mam czasu. Na gotowanie też zresztą, więc zależy mi na szybkich, a zarazem zdrowych posiłkach.
A co może być zdrowszego od kolorowej sałatki? Sałatki z pomidorów, sałaty lodowej i cukinii. Nie dość, ze smaczna i szybka w przygotowaniu, to jeszcze wykwintna jeśli dodamy do niej grillowanego łososia i pyszny dressing.
Zatem nie smutać się proszę tylko cieszyć ostatnimi pysznymi smakami tego lata :)



Sałatka z grillowanym łososiem i sezamowym dressingiem
- sałata lodowa
- pomidor
- cukinia
- filet z łososia
- ziarno sezamu
-sól, pieprz, sok z cytryny

Dressing
- oliwa - łyżka
- olej sezamowy- kilka kropel
- ocet balsamiczny – łyzka
- sos sojowy – łyżka
- pół zmiażdżonego ząbka czosnku.

Wymieszać składniki dressingu i odstawić do przegryzienia.
Warzywa umyć. Pomidora pokroić w kostkę, sałatę porwać na mniejsze kawałki. Cukinię umyć i pokroić w plasterki.
Filet z łososia posypać odrobiną soli, pieprzu i skropić sokiem z cytryny. Usmażyć na patelni grillowej wraz z cukinią.
Sezam uprażyć.
Na półmisku ułożyć sałatę, na nią położyć pomidora, krążki cukinii i łososia pokrojonego na mniejsze cząstki. Skropić dressingiem i posypać sezamem.



p.s. Dziękuje za wyróżnienie "The Lovely Blog Award" Najsmaczniejsze.pl. Jest mi naprawdę ogromnie miło :) A kogo ja nominuję? Wszystkich, którzy piszą z pasją, a w swoje blogi wkładają część siebie :)



wtorek, 8 września 2009

Inspirowana :)

Nie mam wielu książek kucharskich, z 2 czy 3. Marzę o nie jednej, np. o tofu czy wegetariańskiej takiej jednej aktorki... Jednak na razie musi mi wystarczyć to co mam...
Ktoś może powiedzieć: po co jej książki kucharskie, przecież i tak zawsze coś zmienia, nigdy nie zrobi niczego zgodnie z przepisem...
No i o to chodzi w gotowaniu. Przynajmniej moim zdaniem. By się inspirować, by tworzyć, kreować ciągle nowe dania. Dla mnie książki kucharskie są tylko źródłem pomysłu, małą iskierką, która wznieca ogień w mojej głowie. Nawet gdy próbuję przygotować coś zgodnie z przepisem, to albo chcę wzbogacić danie o jakiś dodatkowy smak, albo ten smak zaostrzyć, albo po prostu uprosić sobie gotowanie. To właśnie lubię w gotowaniu, eksperymenty..:)
Ostatnio, za źródło inspiracji służą mi inne blogi kulinarne. Kuszą one pięknym opisem potraw, zdjęciami i ciepłem, które przesyłają autorzy. Czuje sie tą domową atmosferę, widzi się jak danie powstawało i chce się też jego spróbować :)
Każdy ciekawy przepis zapisuję lub dodaję do ulubionych do odpowiedniej zakładki. Mam już tych przepisów ogrom i mimo chęci chyba nigdy wszystkich ich nie wypróbuję, bo jak już chce, któryś zrobić to zaczynam kombinować i w rezultacie powstaje zupełnie inny przepis tylko w części podobny do oryginału...
Ale co tam, w końcu lubię kuchenne eksperymenty ;)
A inspiracją do dzisiejszego śniadania były jajka w chochlikach made by Bea. No cóż, jedynie jajka, cukinia i szczypiorek się powtarzają, ale inspiracja była i już!



A na Paście i Baście też kulinarny eksperyment.

Jajka w kokilkach z cukinią i brokułowym puree
- 2 jajka
- 300g brokuł
- pół małej cukinii
- ząbek czosnku
- szczypiorek
- sól, pieprz
- bazylia
- masło do wysmarowania kokilek
Brokuły ugotować, najlepiej na parze. Rozgnieść widelcem z rozgniecionym czosnkiem, solą, pieprzem i posiekaną bazylią.
Cukinię umyć i pokroić w plasterki. Zblanszować lub zgrillować.
Na dnie kokilek ułożyć po kilka plasterków cukinii. Na nią nałożyć po 2 łyżki brokułowego puree, na nie znów plasterki cukinii i wbić po jajku. Posypać szczypiorkiem.
Piekarnik nagrzać do 180 stopni i piec jajka w kąpieli wodnej przez 12-18 min- białko a być ścięte, żółtko półpłynne. (mój piekarnik zastrajkował i za szybko ściął żółtko w stosunku do białka, niestety).

sobota, 5 września 2009

Bo z nim jest jak z dzieckiem...

Jakiś czas temu Tilia pisała, że najbardziej w pieczeniu chlebów i bułeczek kocha troskę. Troskę o ciasto, o drożdże, które rozwijają się w nim i wraz z nim rosną, o jego wyrastanie i brązowienie w piekarniku.
Można by zapytać, ale jaka troska, gdzie, po co i o co.
No troska, bo z chlebem jest jak z dzieckiem, bez naszej pomocy i troski nie powstanie. Potrzebuje opieki na każdym etapie wyrastania i pieczenia. Najpierw wymaga połączenia składników, zupełnie jak plemnika z jajeczkiem. Potem dokładnego wyrobienia, zjednoczenia z pozostałymi składnikami. Ostawienia na jakiś czas by odpoczęło od naszych dłoni i ponownego dopieszczenia i uformowania w zgrabny bochenek. A potem, już w piekarniku, mimo, że rośnie sam to wymaga ciągłego doglądania, czy idzie w górę, czy się rumieni, czy nie ma przez przypadek dość i chce już wyjść z pieca. A gdy za szybko się zrumieni, my troskliwie otulamy go folią, by doszedł już tylko w środku.
A my przez cały ten proces chodzimy wokół niego, chcemy obserwować jak wyrasta, być przy każdym etapie jego dojrzewania. I mimo, że na czas wyrastania możemy spokojnie zająć się czymś innym, to i tak co chwilę do niego zaglądamy, podnosimy ściereczkę i cieszymy się z każdego cm o który urósł.
A gdy wyjdzie już z pieca, rumiany i pachnący jesteśmy dumni, że tak pięknie o niego zadbaliśmy, że to dzięki nam jest tak pyszny i pachnący.
A gdy coś się nie uda, jesteśmy na niego źli, że poświeciliśmy mu czas i energię, a on nie docenił naszej troski i jak zbuntowany nastolatek zrobił nam na przekór. Jednak, tak czy siak, jest dla nas czymś ważnym, wyszedł czy nie, ale powstał dzięki nam.



Dla mnie pieczenia chleba to właśnie jak opieka nad dzieckiem. I nawet jak nie wyjdzie, będzie płaski lub blady, staram się nim cieszyć i nie obrażać na niego ;)
Ten chlebek upiekłam jakiś czas temu. Ot miałam więcej czasu, zakwas wymagał dokarmienia, a ja miałam ochotę na zupkę. A do zupki najbardziej smakuje mi chlebek, najlepiej razowy. Sam lub z jakimś pomidorem czy innym warzywem.



Zupka to misz masz tego co miałam w zamrażalniku i lodówce. Ugotowałam, zmiksowałam i posypałam fetą. A że fety mi zostało to na kromalach razowca ja położyłam. I tak miałam pychotkowy obiadek :) Do tego bardzo sycący, bo zupa gęsta, a chlebek dość ciężki i mokry, czyli taki dobrze zapychający ;).




Zupa krem z zielonych warzyw z fetą

1 porcja
- 250 ml bulionu warzywnego
- 100 g zielonych szparagów
- 60 g groszku
- 100g szpinaku mrożonego lub świeżego
- ząbek czosnku
- sok z cytryny- łyżeczka
- pieprz
- natka pietruszki
- feta
Warzywa ugotować na parze. Czosnek posiekać i podsmażyć na maśle, zalać bulionem. Do bulionu wrzucić warzywa, dodać sok z cytryny i doprawić do smaku pieprzem. Posypać natką i fetą.

Żytni razowy
za Patrycją z moimi modyfikacjami
Wieczór poprzedzający pieczenie
Zaczyn:
•50 gr aktywnego zakwasu żytniego razowego o temp pokojowej
•150 gr maki żytniej razowej
•300 gr wody
Składniki zaczynu wymieszać, szczelnie przykryć i odstawić na 12-24 godz.

Dzień pieczenia
Ciasto właściwie:
•320 gr zaczynu zakwasowego (z dnia poprzedniego)
•280 gr wody
•480 gr maki żytniej jasnej lub razowej(ja: 1/2 takiej i 1/2 takiej)
•10 gr soli
Zaczyn dokładnie wymieszałam z woda.
Następnie wsypałam make i sol i krotko wyrobiłam (2-3 min). Ciasto powinno być lepkie.
Mokrymi dłońmi przełożyłam je do foremki (dł. ok. 20cm)nasmarowanej masłem i wysypanej otrębami.
Przykryłam naoliwiona folia i pozostawiłam do wyrośnięcia w lekko podgrzanym piekarniki (ok. 28 st.C).
Chleb jest gotowy do pieczenia gdy urośnie 1/2 cm ponad foremkę. Wtedy jego wierzch smaruje oliwa.
Piekłam w 210 st. C przez 15 minut.
Po tym czasie zmniejszyłam temp. do 190 st. C i piekłam dalsze 40-45 minut.
Studziłam na kratce.
Chleb można kroić po zupełnym ostygnięciu.

Say Cheese

wtorek, 1 września 2009

Pomarańczowy optymizm

Szczęście, niby jedno słowo a ile znaczeń. Bo przecież dla każdego oznacza co innego.
Jedni się cieszą z drobnostek, inni tylko z wielkich rzeczy lub wydarzeń.
Jednych szczęście to spełnienie marzeń, dla innych to kolejny słoneczny dzień.
Można być szczęśliwym z wielu powodów. Jak to ostatnio się mówi: ile ludzi, tyle... definicji szczęścia :)
Mnie uszczęśliwił powrót Oczka. Bo jak tu się nie cieszyć i radować z tego powodu? No nie da się, nie da się i już.
A jak jeszcze dostanie się nasiona na kiełki od Bei, którymi podzieliła się Majana to już istna euforia człowieka dopada :) Dziękuje wam :)
Trzeba tą okazję jakoś uczcić! A jak uczcić? No po prostu gotując zupę i makaron. A na deser podając pyszną kawę :)
Na Paście i Baście makaron iście (liście) zielony, bo zielony to kolor bardzo radosny. Za to tu dominuje pomarańcz, delikatnie pobudzająca i zwiększająca optymizm. Iście optymistyczna zupka marchwiowo-soczewicowa inspirowana przepisem Małgosi.dz:)



Zupa- krem z marchwi i soczewicy
za Małgosią.dz z moimi modyfikacjami
2 talerze

•ok. 200 g marchewek (na wiosnę idealne są młode warzywa)
•50 g czerwonej soczewicy
•1 cebula, drobno posiekana,
•1 ząbek czosnku, wyciśnięty przez praskę
•łyżeczka masła klarowanego, lub oliwy
•1/2 łyżeczki świeżo utartego kuminu, 1/2 łyżeczki tymianku, 1/2 łyżeczki kurkumy,
•sól, pieprz
•kilka nitek szafranu dla koloru :)
•400 ml bulionu warzywnego lub drobiowego
W garnku rozgrzać masło lub oliwę, wrzucić posiekana cebulę i lekko zeszklić. Dodać przeciśnięty przez praskę czosnek, a także przyprawy: kumin, tymianek i kurkumę. Chwilę przesmażyć, do uwolnienia aromatów. Wrzucić czerwoną soczewicę, uprzednio przepłukaną na sicie pod bieżącą wodą. A następnie oczyszczone i pokrojone w plastry marchewki. Wszystko razem smażyć kilka chwil. Zalać przygotowanym bulionem. Gotować do miękkości soczewicy i marchwi (ok. 20-30min.). Kilka plastrów marchwi odłożyć do ozdoby. Pozostałą część zupy zmiksować na mniej lub bardziej gładko (wedle własnych upodobań). Doprawić solą i pieprzem do smaku. Na talerzach posypać szafranem

p.s. zupka jest przepyszna!!!!

Festiwal Marchewki