Skuteczna reklama na blogach sprzedawana za pomocą AdTaily(PLALLADTAILY0002)

piątek, 31 lipca 2009

Grzeczny pan...

Jak już kiedyś wspominałam, pierwszy raz jest zazwyczaj wyjątkowy, a jak ktoś ma szczególne „szczęście” to nawet wybuchowy.
Po moim pierwszym, właśnie wybuchowym razie, przyszła pora na raz drugi, planowo mniej wybuchowy.

Plan został spełniony, bo tym razem nic nie wybuchło. W sumie nie miało co wybuchać. Zresztą ile można pozwalać być nie posłusznym. Spokojna rozmowa z panem bakłażanem i jest potulny jak baranek. Ba, da się nawet wydrążyć a potem nadziać, zupełnie jak dziane oliwencje.


A teraz Sorry Winetou, ale lecę, bo goście jadą :) Jacy? Sama burżuazja ;P

Zapiekany bakłażan z pieczarkami
- 1 bakłażan
- 0,5 kg pieczarek
- 1 jajko
- ząbek czosnku
- mała cebula
- ser żółty
- odrobina oliwy
- sól, pieprz, zioła prowansalskie- do smaku
- posiekana pietruszka
Pieczarki umyć, obrać (niektórzy nie obierają, ale ja zawsze) i posiekać. Na patelni rozgrzać odrobinę oliwy, wrzucić posiekany czosnek, a po chwili pieczarki. Posoli, popieprzyć i sypnąć dosyć hojnie zioła prowansalskie. Dusić wszystko na wolnym ogniu. W tym czasie przekroić bakłażana, drążyć miąższ (wraz z pestkami, ja miałam młody mały model ;)), posiekać i dodać do pieczarek.
Pod koniec duszenia dodać posiekaną pietruszkę i odstawić do ostygnięcia.
Masę wymieszać z jajkiem. Połówki bakłażana wypełnić farszem, a wierzch posypać startym serem żółtym.
Piec ok. 40 min w 180 stopniach.

czwartek, 30 lipca 2009

Niedosyt

Czas jest okrutny. Potrafi się dłużyć, gdy chcemy by jak najszybciej zleciał, potrafi szybko zlecieć, gdy chcemy by chwila trwała wieczność.
Czas był nieubłagany dla mnie również w tym tygodniu, kilka dni, które mogłyby trwać dla nie kilkakrotnie dłużej, minęły jak pstryknięcie palcami.

Była i nie ma.
Byłyśmy i nie jesteśmy.
Kupiłyśmy i mamy.
Widziałyśmy i...nie widzimy.
A zobaczymy? Mam nadzieję.

Kto był- była Zemfiroczka. Gdzie byłyśmy- a tu i tam. Co kupiłyśmy- makaron. Co widziałyśmy- Gołego Pana.
A gdzie był ten pan? A w Gdańsku. Tak, już wiemy czemu tyle blogowiczek jest z Gdańska... ;)
Ale oprócz Gołego Pana widziałyśmy się też z Majaną i Małgosią.dz i byłyśmy w Pi kawie i kawę piłyśmy i Oczko ciacha jadło (dwa!) i plotkowałyśmy i się śmiałyśmy i (przynajmniej ja) dobrze się bawiłyśmy.
No, ale ten czas...Za szybko minął, za szybko...Niestety...
By przedłużyć to co przyjemne, by jeszcze nacieszyć się minioną chwilą, powspominać i poczuć Oczko przy sobie, zjadłam kolację. Fakt, Oczko kojarzy mi się z jedzeniem, ale nie dlatego zjadłam kolację. Zjadłam ja dlatego, że bez Oczka by jej nie było.

Kochana makaroniara przywiozła mi na spróbowanie makaron!
I kolorowy, i czarny, i różnokształtny!
I mam teraz Foglie d’ulivo (liście oliwne szpinakowe), Spaghetti tricolori, Cassarecce i mieszankę Dischi, Rotelle, Chiocciole, meduzy (jak to się zwie fachowo?).
I miałam czarne jak atrament z kałamarnicy ;) makaron, bo z jego dodatkiem, ale już nie mam, bo zjadłam. Zjadłam z łosiem i brokułem :)

Czarne penne z brokułem i łososiem
- 70 g makaronu penne barwionego atramentem z kałamarnicy
- 40 g wędzonego łososia
- kilka różyczek brokuł
- pieprz, sól czosnkowa, bazylia
- ewentualnie zielone oliwki, parmezan
Makaron ugotwać al dente. Pod koniec gotowania makaronu wrzucić brokuł i gotować kilka minut. łososia pokroić w mniejsze kawałki. jeśli chcemy dodać oliwki, pokroić je w obrączki. Makaron i brokuły odcedzić, wymieszać z łososiem. Doprawić pieprzem, solą i bazylią do smaku. Posypać parmezanem.

Z widelcem po Europie

poniedziałek, 27 lipca 2009

Więcej wiary!

Udało się! Sesese :) Może nadal nie jest to o czym myślałam, ale nie jest najgorzej :) Wszelkie uwagi mile widziane :) Bardzo wam dziękuje za pocieszanie, wsparcie i pomoc. Dziękuje zwłaszcza Bei i Małgosi.dz, które chciały pomóc i w rezultacie dały mi kopa do działania, pomysł i ... No i jeszcze Zawszepolce dziękuje, która kazała mi wierzyć w siebie (no może nie dotyczyło to html’a) i skłoniła do działania. Gdy ona jadła parówkę, ja kombinowałam z szablonem ;p A tak apropo, nawet nie spytała czy ja nie chcę też parówki ;)
Humorek mi dopisuje, bo się udało, no i za kilka godzin wpadnie tu jak perszing nikt inny jak tylko Oczko :) I będzie się działo oj będzie. Nawet podłogę umyłam na tą okazję (ba! wiadro i mopa kupiłam), bo trawa już mi na kafelkach kiełkowała. I nawet balkon z gołębich kup (tak, tych kup tych pięknych gołąbków, które wszyscy podziwiają na starówkach, a mi one balkon ...no wiecie co robią), co by Oczko mogło wygrzewać kuperek na nowym foteliku. Lodówkę też umyłam, bo tam będą pewnie głównie nasze nochale i łapki siedzieć. Ha! W szafie z ciuchami też poukładałam, żeby nie było że Oczko mi tam ostatnio sprzątało, a ja znów swoje „porządki” wprowadziłam ;) W sumie to jeszcze trochę mi do sprzątania zostało i zamiast iść się wyspać, by rano mieć siły to dokończyć to ja jak zwykle na przekór sobie spać nie idę ;) Ale ostatnio mam okres bezsenny i albo śpię w dzień a w nocy wojuję albo nie śpie w ogóle. Że ja jeszcze funkcjonuję... ;)

No, ale nie ma co się nad bzdurami zastanawiać tylko zaprosić na pyszną i prostą sałatkę. Kilka chwil i jest gotowa, a ponieważ jest sycąca może stanowić samodzielny posiłek :)



Sałatka z fasolki szparagowej i ciecierzycy
- 200 g fasolki szparagowej
- 100 g ugotowanej ciecierzycy lub z puszki
- 1 jajko
- pietruszka
- sól czosnkowa, świeżo zmielony czarny pieprz, oregano
Fasolkę szparagową umyć, oczyścić i pokroić na 5-centymetrowe kawałki. Ugotować – ma byc jędrna, nie rozgotowana. Jajko ugotować na twardo i posiekać drobno. Pietruszkę posiekać. Fasolkę i ciecierzycę wymieszać, przyprawić do smaku solą, pieprzem i oregano. Dodać sporą garść pietruszki i wymieszać. Posypać jajkiem. Podawać na ciepło lub na zimno.

niedziela, 26 lipca 2009

Przekombinowałam...

Nie miała baba problemu...
I sobie go w prosty sposób załatwiła.
Chciałam być prawa. Chciałam zrobić szablon ze zdjęciem, do którego mam prawo (sama nie potrafiłam, zrobiła mi Małgosia.dz).
Myślałam, że jak liznęłam kiedyś html. Że jak potrafiłam nawet z tym pracować. Że jak udało mi się raz, to i drugi raz będzie udany.
A tu, psia mać, porażka.
Blogger nie daje się tak łatwo i moja wiedza okazała się za mała.
I teraz siedzę, obgryzam paznokcie i się denerwuje, bo mi się nic nie podoba, bo nie mogę zrealizować mojej wizji :(
Już prawie w nerwach (o to dowód, ze jestem nerwowa) skasowałam tego bloga, już prawie...
Ehhh, a mówią „mierz zamiary na siły”... No, a ja jak zwykle podniosłam poprzeczkę za wysoko i jak zwykle poniosłam porażkę.
Grrr! Wrrrr! Wrrrrrr!
Ale jestem zła ;) Aż makaron na kolację musiałam zjeść, co by sobie humor poprawić, ale i to nie pomogło.

Mam pytanie, mam prośbę. Czy znacie kogoś, czy sami potraficie, pomóc mi w stworzeniu prostego szablonu? Nie mam jakiejś kosmicznej wizji nie do zrealizowania. Ale chciałabym wprowadzić małą modyfikację tego co jest tu. Czy mogłabym was prosić o pomoc. Jakoś się odwdzięczę... Grzecznie proszę, ładnie się uśmiecham, o tak :D Proszęęęęe


A na zachętę proponuję smaczny makaron. Zdrowy, bo z warzywkami :)
Ot taki, na szybki obiad lub kolację.
Takie tam Tagliatelle z fasolką szparagową i szpinakiem.

Tagliatelle z fasolką szparagową i szpinakiem
- 50 g makaronu tagliatelle lub innego
- 100g mrożonego szpinaku
- 150 g fasolki szparagowej
- ½ ząbka czosnku
- szczypta oregano, gałki muszkatołowej, soli, pieprzu
- uprażone płatki migdałowe
- 2 łyzki wody z gotowania makaronu lub oliwa
Makaron ugotować al dente. Fasolkę umyć, pokroić w 5-cm kawałki i ugotować (ma byc jędrna).
Na patelni rozmrozić szpinak, dodać zmiażdżony czosnek i przyprawy do smaku. Wymieszać z makaronem i fasolką- dodać wody/oliwy by lepiej się połączyło. Na talerzu posypać płatkami migdałowymi.

Makaron jest dobry na wszystko Z widelcem po Europie

sobota, 25 lipca 2009

Licząc...

Jeśli człowiek w ciągu 2 dni od 3 osób usłyszy tę samą rzecz to zaczyna w nią wierzyć. Nawet gdy wcześniej miał inne zdanie.
Najpierw zaprzecza, twierdzi, że tak nie jest, jest inaczej.
Potem zaczyna nad tym myśleć, analizować, zastanawiać się, czemu inni twierdzą.
Następnie zauważa coraz więcej "za" potwierdzających dane stwierdzenie.
No i w końcu przyznaje rację.
Oczywiście nie zawsze tak jest, ale ja akurat miałam to szczęście/nieszczęście mieć do czynienia z wyżej opisanym ciągiem zdarzeń.
I nawet się z tego cieszę, bo uświadomiłam sobie coś co wypierałam ze świadomości, a teraz mogę wgłębić się w pewne sprawy i pomyśleć nad nimi.
Ale do czego zmierzam, a zmierzam do tego, że mimo słynnego powiedzenia "umiesz liczyć licz na siebie" to bądź co bądź ludzie są nam potrzebni, nie jesteśmy samowystarczalni, czasem przydaje się pomoc innych.

A będąc przy tej pomocy to chciałam podziękować Małgosi z blogu „Pieprz i Wanilia” za śliczne zdjęcia, z których jedno możecie podziwiać na bannerze mojego bloga :)
Małgosiu dziękuje.


Dzisiejszy posiłek też powstał dzięki drugiej osobie :)
Dzięki niej nabyłam tofu, którego nie planowałam nabywać, ale skoro zabrała mnie na zakupy i na tych zakupach „przypadkiem” znalazłam się przy półce z tofu, to nie mogłam się nie skusić :)


Kasza gryczana z soczewicą i wędzonym tofu

- 50 g kaszy gryczanej
- 20 g soczewicy brązowej
- ok. 50 -75g mrozonego szpinaku
- 50 g wędzonego tofu
- 2 ząbki czosnku
- sos sojowy
- gałka muszkatołowa
- pieprz
Kaszę i soczewicę uprażyć i zalać wodą. Dodać łyżeczkę sosu sojowego i pokrojony czosnek. Pod koniec gotowania wrzucić szpinak.
Tofu pokroić w kostkę i podsmażyć na patelni.
Kasze doprawić do smaku sosem sojowym, pieprzem i gałką. Dodać tofu i podawać.

czwartek, 23 lipca 2009

W kurniku na kurniku

Mam nie moc literacką. Mam nie moc życiową.
Pogoda mnie dobija, raz gorąco, raz deszczowo i ciągle duszno. Jestem meteoropatą i mam już dość. Ciągle tylko bym spała i nic nie robiła.
W domu syf dookoła, a przyjazd Oczka coraz bliżej. Zamiast zakasać rękawy i ostro szorować kafelki (już raz Oczko mi je myło, jak jej nie przypilnowałam ;) ), to ja siedzę sobie w kurniku na kurniku i namiętnie gram w Mahjong;)
Nawet gotować mi się nie chce, choć ciągle głodna chodzę. A ponieważ nie wiem na co mam ochotę to tym bardziej nie wiem co zrobić do jedzenia. I tak w kółko.
Dziś rano było podobnie, ale ponieważ przypomniałam sobie o pewnym fajnym wynalazku jakim jest mąka z ciecierzycy, a w lodówce kwiczała cukinia, że już musi być zjedzona wpadłam na świetny pomysł. Gdzieś kiedyś wylukany w internecie. Placuszki ciecierzycowe z cukinią.



Naprawdę roboty przy nich nie wiele, nie wymagają wielu składników, doprawić można je samemu do smaku i zjeść dla ochłody z tzatziki lub jak się nie ma jogurtu z samą pulpą ogórkową ;)

Placuszki ciecierzycowe z cukinią
6 placuszków
- 60 g mąki z ciecierzycy
- woda (tak aby powstało bardzo gęste ciasto, bo cukinia jeszcze puści sok)
- pół cukinii
- pół ząbka czosnku, rozgnieciony
- do smaku (po szczypcie): garam masala, mielony kumin, mielona kolendra, trochę sosu sojowego, mielony imbir, pieprz
Makę wymieszać z wodą. Cukinię zetrzeć na tarce o grubych oczkach i dodać do ciasta. Wymieszać z czosnkiem i przyprawami. Odstawić na jakieś 15 min, cukinia w tym czasie puści sok. Następnie dobrze wymieszać i ewentualnie dodać jeszcze wody. Ciasto ma mieć konsystencję gęstej śmietany.
Na rozgrzaną patelnię teflonową kłaść niewielkie porcje ciasta i smażyć z obu stron do zrumienia.
Podawać z jogurtem z ziołami, tzatziki lub pulpą ze startych ogórków.

wtorek, 21 lipca 2009

Wybuchowy pierwszy raz

Każdy pierwszy raz jest wyjątkowy, inny od pozostałych.
Wtedy najwięcej się uczymy, zapamiętujemy, przeżywamy.
Wtedy dostrzegamy szczegóły, rzeczy, których doświadczone osoby już nie widzą, nie zwracają na nie uwagi.
Każdy pierwszy raz jest jedyny w swoim rodzaju, zwłaszcza jeśli dotyczy to gotowania.
Nowo poznany produkt, nowy smak, nowy sposób przygotowania. Wszystko to ma w sobie coś z magii, jest dla nas tajemnicze, a my krok po kroku odkrywamy co kryje. Zabieramy się do tego powoli, delikatnie, by nic nie zepsuć, by doznać jak najwięcej, by przeżyć to jak najlepiej.
I nawet, jeśli się nam nie uda, jeśli coś nie pójdzie tak jak powinno, to i tak cieszymy się z tego, że mieliśmy możliwość spróbowania czegoś nowego. Zapamiętujemy to na długo bardzo długo. Zwłaszcza jeśli coś nas przestraszy lub doprowadzi do śmiechu lub wywoła oba zjawiska. A kiedy może się tak stać? Jak na ten przykład wybuchnie nam w piekarniku bakłażan! ;)
Mój pierwszy raz z bakłażanem był właśnie wybuchowy.
A co mu tam, postanowił sobie wybuchnąć w piekarniku, na szczęście zniósł to dzielnie :)
W sumie to estetycznie też nie było, bo kolor nie zachęcający, za to pysznościowy!
Pychotka mówię wam!


Długo szukałam idealnego przepisu na ten mój pierwszy raz z bakłażanem.
Nie chciałam go zepsuć czymś co mi nie zasmakuje.
Jak tylko ujrzałam ten przepis, wiedziałam, że to jest to!
Pieczony bakłażan i orzechy!
Wprawdzie był to przepis na sos do mięs czy pastę do chleba, ja jednak przerobiłam go odrobinę na „pesto”, które idealnie zbrata się z makaronem.
I tak też było :)



Penne z bakłażanowo -orzechowym pesto
2 porcje (hojnie oblepione pastą)
-150 g makaronu penne
- 1 średniej wielkości bakłażan
- ząbek czosnku
- łyżka oliwy
- 10 g mielonych orzechów włoskich
- 2 łyżki wody z gotowania makaronu
- pieprz, sól
- sok z cytryny do smaku
Bakłażan upiec w piekarniku obracając na wszystkie strony (ja piekłam 40 min w 180 stopniach termoobieg i gdzieś po 20 min mi pękł, więc może lepiej go naciąć). Upieczony pozbawić skóry, pokroić na mniejsze kawałki i zmiksować na gładką masę, z orzechami, oliwą, wodą z gotowania makaronu, czosnkiem. Doprawić do smaku solą, pieprzem i sokiem z cytryny. Wymieszać z ugotowanym al dente makaronem.
Pastę można też schłodzić i podać z grillowanym mięsem (ale tu lepiej nie dodawać wody z gotowania makaronu).

Makaron jest dobry na wszystko Wielkie grillowanie Z widelcem po Europie

poniedziałek, 20 lipca 2009

"Coś...coś o wiele ważniejszego"

[...] Dwa gliniane kubki stały wypełnione dymiącym płynem czarniejszym niż wino Cahors. W przyćmionym świetle Miguel chwycił oburącz nieco wyszczerbione naczynie i upił pierwszy łyk.
Poczuł pełną, niemal czarowną gorycz – coś, czego nigdy wcześniej nie zaznał. Płyn przypominał nieco czekoladę, której próbował przed laty. Być może pomyślał o czekoladzie tylko dlatego, że oba napoje były gorące, ciemne i podane w grubych gliniastych kubkach. Ten miał aromat nie tak rozkoszny, ostrzejszy i skromniejszy. Miguel wziął kolejny łyk i odstawił kubek.[...]
- Jest zrobiona z ziaren kawy – powiedziała Geertruid, splatając ramiona, jakby sama tę miksturę stworzyła.[...]
- To całkowicie nowa substancja – wyjaśniła Geertruid, kiedy juz był gotów słuchać. – Spożywa się ją nie po to, by radować zmysły, lecz aby pobudzić intelekt.[...]
- Ta kawa nie jest jak wino czy piwo, które pijemy, by się uradować lub ugasić pragnienie, czy choćby dlatego, że są zachwycające. Ten napój sprawia, ze poczujesz jeszcze większe pragienie, nigdy nie da ci radości, a smak, bądźmy szczerzy, jest może ciekawy, ale na pewno nie przyjemny. Kawa to coś... coś o wiele ważniejszego.[...]
- Piwo i wino mogą przyprawić człowieka o senność, ale kawa go obudzi i da mu jasność umysłu. Piwo i wino mogą uczynić człowieka kochliwym, ale kawa sprawi, ze przestanie się interesować ciałem. Człowiek, który pije napar z owocu kawy, myśli wyłącznie o swoich interesach. [...]
Zapach kawy sprawił, ze Miguel poczuł oszołomienie i coś w rodzaju pożądania. Nie, nie pożądania. Chciwości. Geertruid zajęknęła się nad czymś, a Lienzo poczuł, jak jej zaraźliwa żądza pęcznieje w jego piersi. To było jak panika albo radość, albo coś jeszcze innego, w każdym razie chciał zerwać się z miejsca i gdzieś pomknąć. Czy ta energia pochodziła z jej pomysłu czy też była efektem działania napitku?[...]
Kawa to napój, który budzi w mężczyznach wielkie namiętności, a jeśli będziesz z tym igrał, mozesz uwolnić potężne moce[...]
Hanna nie mogła zapomnieć dreszczu towarzyszącego spożywaniu kawy Miguela. Bardzo jej się podobało poznawanie prawdziwej natury tego owocu. Uwielbiała ożywienie, które dawał. Nie chodziło o to, że odkryła nową siebie. Kawa raczej wydobyła z niej to, co wcześniej było głęboko ukryte. Rzeczy z wierzchu poszły na dno, a te części, które spętała łańcuchami, wydostały się na powierzchnię. Zapomniała, że ma być powściągliwa i skromna, i podobało jej się bardzo uwolnienie od tych ograniczeń. [...]*



Czy trzeba dodawać coś więcej? Może jedynie podać naleśniki kawowe z likierem Irish cream i kakao :)



Naleśniki kawowe z Irish cream i kakao
1 porcja
- 60 g mąki żytniej
- 2 białka lub jedno całe jajko
- mleko + woda – ciasto ma być lejące
- odrobina cynamonu i imbiru
- szczypta soli
- 2 łyżeczki kawy rozpuszczalnej lub zbożowej
- łyżka Irish cream
- kakao
Jajka rozbić z wodą i mlekiem na początek dać ok. 200 ml, później można dolać więcej). Dodać kawę, imbir, cynamon, sól i likier. Ciągle mieszając dodawać mąki. Jeśli trzeba dodać wody, ciasto ma być lejące. Odstawić na pół godziny pod przykryciem.
Na patelni (u mnie o średnicy 22cm, na większej może być ciężko, bo naleśniki trochę sie rwą), rozgrzać trochę oliwy i usmażyć cienkie naleśniki.
Naleśniki zwinąć w koperty lub rulony, polać Irish cream i posypać kakao.

* D.Liss „Handlarz kawą”

Festiwal Deserów

niedziela, 19 lipca 2009

Po spaleniu, zmoczenie ;)

Obiecuję już nie narzekać na słońce!
Kara mnie spotkała za wczorajsze marudzenie!
Kilka godzin po moim zrzędzeniu i płakaniu jaka ja to spalona przyszła taka ulewa jakiej nigdy nie widziałam na oczy! Wszystko byłoby o.k., gdybym akurat nie była poza domem, gdybym nie siedziała w ogródku, wiecie takim co się zwykle siedzi ze znajomymi, pije piwko i gada o wszystkim i o niczym.
Fajnie się nam siedziało do czasu...jak lunęło, jak huknęło to nawet te wielkie parasole nad stolikiem i dodatkowe małe, nasze własne nie pomogły. Wiatr ogromny, deszcz jeszcze większy doprowadził do stanu przemoknięcia każdego z nas. Najlepsze jest to, że wszyscy mieli świetne humory, nie mogąc się nadziwić, że deszcze może aż tak zacinać! I to nie chwilę, ale dobre 2 godziny. Skąd tyle wody w tym niebie to ja nie wiem ;)
Za to wiem i wiedziałam wczoraj co dziś zjem na obiad. I Oczko też wiedziało i nawet wypomniało, że podobne cuś było przedwczoraj. Ale cóż ja mogę poradzić na to, że jak widzę te młode, malutkie i śliczne cukinie na rynku nie potrafię się opanować i kupuje w nadmiarze, a potem kombinuje co by tu skonsumować ;)
Makaron + cukinia to jest to :) A inspiracją była cukinia z sezamem z GP, a moim dodatkiem makaron i odrobina siemienia lnianego ;)



Parpadelle z cukinią i sezamem
•70 g makaronu parpadelle
•150 g cukinii
•łyżka ziaren sezamu i siemienia lnianego (łącznie)
•pół ząbka czosnku
•kawałeczek świeżego imbiru
•pół łyżeczki oliwy
•kilka kropel oleju sezamowego
•kilka kropel soku z cytryny (do smaku)
•sól, pieprz
Makaron ugotować al dente. Cukinię umyć, osuszyć i zetrzeć na tarce o grubych oczkach lub pokroić w cienkie plasterki. Czosnek i imbir posiekać. Sezam i siemię lniane uprażyć na suchej patelni. Na rozgrzanej oliwie przesmażyć cukinię, imbir i czosnek – ok. 5 minut. Dodać sezam , siemię lniane. Połączyć z makaronem, doprawić do smaku sokiem z cytryny, solą i pieprzem, skropić olejem sezamowym.

Makaron jest dobry na wszystko Z widelcem po Europie

sobota, 18 lipca 2009

Spalona

Tak się właśnie kończą niebezpieczne zabawy ze słońcem.
Spalone czoło, spalony boczek... Co śmieszniejsze tylko jeden boczek.
Wygląda to podobno przezabawnie, choć dla mnie wcale nie.
Ale tak to już bywa jak się łamie zakazy i nakazy. Mam zakaz opalania i po 5 minutach jak poinformowałam o tym znajomych wyskoczyłam z patałaszków i skierowałam twarz w stronę słońca.
Potem słoneczko mocniej przygrzało a ja już nie miałam sił się ruszać, bo tak naprawdę to słońca nie lubię, wysysa ze mnie energię, choć powinno jej dodawać.
W ramach pocieszenia i uczczenia pierwszego od X lat pobytu nad wodą zapraszam na ochładzający i pyszny, a zarazem prościutki deserek :)



Jogurt z czereśniami i jagodami
- jogurt naturalny, najlepiej gęsty, grecki
- 100 g czereśni
- 100 g jagód
- łyżka poppingu z amarantusa
- ew. cukier
Owoce umyć, osuszyć, a czereśnie pozbawić pestek. Na dno miseczki wrzucić trochę owoców, zalać jogurtem, znów dodać owoce i znów jogurt. Posypać poppingiem.

Jagodowo<br />nam! Festiwal Deserów

piątek, 17 lipca 2009

Ale w koło jest...

...makaronowo!
Wszyscy w koło makaronem kuszą, że nie można przejść obok tego obojętnie .
Trzeba działać. Wziąć się w garść, zakasać rękawy do góry i wybrać z szafki makaron.
A potem wymyślić coś prostego, szybkiego a do tego smacznego.
A jak się ma ostatnio problemy z myśleniem to można skorzystać z jakiegoś przepisu. Ale warunek jest jeden: też musi być prosty, szybki i kusić składnikami oraz wyglądem. Drugi warunek, równorzędny z pierwszym, to składniki, które oprócz tego, że są smaczne, muszą być na stanie naszej spiżarni- bądź to w szafkach bądź w lodówce. Jak ich nie ma to albo marsz do sklepu albo szukamy innego przepisu, a to już wymaga czasu.

Ja, jak tylko zajrzałam do lodówki, wiedziałam czego chcę, co zaraz zrobię, co czekało na nie aż będzie sezon na cukinie.
W końcu się doczekało i było bardzo smaczne.
Początkowo chciałam pominąć wspomniane w przepisie ogórki, ale dobrze, ze tego nie zrobiłam, bo dzięki nim danie jest bardziej orzeźwiające i takie letnie :)
Jednak, jak to ja, kilka nieznacznych zmian wprowadziłam ;)



Zielony makaron
* makaron tagliatelle – 60 g
* kilka różyczek brokuł
* pół małej cukinii
* mały zielony ogórek gruntowy
* garść groszku (u mnie mrożony)
* cebulka dymka ze szczypiorkiem
* uprażone pestki dyni- łyżeczka
* ser żółty starty
* pół ząbka czosnku,
* sól, pieprz
Ugotować makaron al dente.
W czasie gotowania makaronu umyć warzywa, pokroić w plastry cukinię i podsmażyć ją na odrobieni oliwy z posiekanym czosnkiem. Brokuły i groszek ugotować na parze. Ogórek pokroić w kostkę lub plasterki, cebulkę posiekać. Warzywa wymieszać z makaronem, przyprawić, posypać pestkami dyni i serem.

Makaron jest dobry na wszystko Z widelcem po Europie

środa, 15 lipca 2009

Postrzelona do sześcianu

My tu gadu gadu, pierdu pierdu a ja znów zostałam ustrzelona no! Wegetarianka mnie ustrzeliła, a ja sama ją chciała, no wyprzedziła nie ;) Strzelać już nie będe, ale może kolejną 6 o sobie napiszę, bo to zmusi mnie do myślenia, a czasem trzeba pomyśleć ;) Zatem:
I' - Morfeusz robi sobie ze mnie jaja i z miesiąca na miesiąc mam coraz dziwniejsze sny. Taaa Oczko, już nie tylko erotyczne, ja we śnie ożywiam zmarłych!
II' - Nienawidzę upałów! Pocę się jak świnia i bardzo męcze. Lubię ciepełko, ale nie upały.
III' - Nie mam jaj - stwierdzenie ojczyma. Dobrze, że jego syn ma, bo było by kiepsko ;p
IV' - Moje ciśnienie krwi wynosi 80/60...nie dziwmy się że ciagle bym spała ;)
V' - od makaronu wolę ciecierzycę, a od brokułów zielony groszek.
VI' - właśnie jem makaron z brokułami ;p

A w ramach gojenia ran („wkur***ny” w miarę uspokojony)na śniadanko zjadłam sobie pyszne placuszki z jagodami.



Placuszki z jagodami
6 placuszków
- 60 g mąki żytniej
- 150 ml kefiru
- białko (lub całe jajko)
- kilka kropli aromatu waniliowego
- szczypta imbiru
- szczypta soli
- szczypta cynamonu
- odrobina sody
- ewentualnie fruktoza - jak dla mnie zbędny dodatek
- 100 g jagód
Białko wymieszać z aromatem, dodać imbir i sól, po chwili kefir. Stopniowo dodawać mąkę (jeśli ciasto jest za gęste dolać trochę mleka lub wody, ale ciasto ma być dość gęste). Następnie dodać cynamon, sodę i dokładnie wymieszać. Na koniec wrzucić jagody. Łyżką wlewać niewielkie porcje ciasta na rozgrzaną patelnie. Smażyć do zbrązowienia placuszków.

Placuszki inspirowane racuszkami twarożkowymi Trufli


Małe brzuszki łakomczuszki Jagodowo
nam! Festiwal Deserów

wtorek, 14 lipca 2009

Uspokajania ciąg dalszy...

Jak ja kocham lato. To co, że jest pochmurne, to co, ze słoneczko chowa się za chmurką. Ważne, że bez problemu można kupić świeże i pyszne warzywa i owoce. Mogłabym je jeść na okrągło, i nawet makaron do szczęścia nie jest mi potrzebny ;)
Z rana lecę na rynek po świeże warzywa i owoce, a potem kombinuje co by tu smacznego z nich przyrządzić.
W ramach uspokajania „wkur***ego” dogodziłam sobie dziś obiadowo-deserowo.



Zaszalałam, bo nie dość, że żołądek jeszcze coś tam mruczy, że jest nie zaspokojony, to jeszcze mnie ustrzelono i to dwa razy Emma001 i olalala :*) ! Jak tak można no, strzelają z każdej strony ;)
Nie będe gorsza i też sobie postrzelam, ale najpierw pochwalę się moim pyszny (serio) obiadkiem i deserem ;)


Deser już kiedyś robiłam, ale w wersji z truskawkami. Dziś było jagodowo :)



Cukinia z ciecierzycą i tofu o cytrynowym aromacie
- mała cukinia (ok. 200g)
- ugotowana ciecierzyca lub z puszki (70g)
- 50 g wędzonego tofu
- orzechy włoskie
- odrobina oliwy (naprawdę starczy łyżeczka)
- koperek
- sok z cytryny
- sos sojowy
Cukinię umyć, osuszyć i pokroić w cienkie kawałki (u mnie trójkąciki). Drobno posiekać orzechy, koperek i czosnek. Na patelni rozgrzać pół łyżeczki oliwy i przesmażyć czosnek i cukinię- w czasie smażenia skropić sosem sojowym i sokiem z cytryny. Gdy cukinia będzie miękka, zdjąć wszystko z patelni, wlać kolejne pół łyżeczki oliwy, wrzucić tofu pokrojone w kostkę i ciecierzycę. Smażyć do zrumieniania. W miseczce wszystko wymieszać posypując orzechami.

Jagodowa pianka
100g jagód zmiksować z jogurtem naturalnym (na dwie kokilki wzięłam mały kubeczek jogurtu).
W rondelku zagotować trochę mleka, dodać żelatynę (dałam czubatą łyżeczkę), zdjąć z ognia i szybko wymieszać. Dodać do zmiksowanych jagód i jogurtu, jeszcze szybko raz zmiksować wszystko i przelać do kokilek. Wrzucić kilka jagód. Wstawić do lodówki na kilka godzin.


A co do strzelania, to nie można tak se strzelać na oślep, są pewne zasady kochani ;) Zatem:
1. Podaj linka do bloga osoby, która nas 'ustrzeliła’,
2. Zacytuj u siebie 'zasady' zabawy,
3. Napisz sześć rzeczy o sobie,
4. 'Ustrzel' następnych sześć osób,
5. Uprzedź wybrane osoby, zostawiając komentarz na ich blogu.

No linki już podałam, zasady też, więc pora na punkt 3, chyba najtrudniejszy, ale spróbujmy ;)
I – mam problemy w opisywaniu siebie
II – nie lubię soków, napojów owocowych i typu sprite itp. Jedyny sok jaki preferuję to pomidorowy Nawet wódkę nim popijam (a jak brak pomidorowego to woda też może być ;) )
III – jestem agresywna i to z zaskoczenia, więc żeby nie było, że nie ostrzegałam ;)
IV – lubię zajęcia manualne, robie kolczyki, maluję, robię kartki okolicznościowe, to mnie uspokaja.
V – chyba pora się w końcu pochwalić, bo nie zrobiłam tego oficjalnie. Od czerwca tego roku jestem magistrem :)
VI – uwielbiam marzyć, wyobrażać sobie, że jest tak jakbym chciała, w mojej głowie powstają przeróżne obrazy, planuję wszystko, po prostu lubię śnić na jawie :)

A teraz pora na małe strzelanko ;P
1. Czepialskie Oczko ;p
2. Zawszepolka
3. Bea
4. Majana
5. Casia
6. Margot

Jagodowo
nam! Festiwal Deserów Małe brzuszki łakomczuszki

poniedziałek, 13 lipca 2009

Makaronowo nam ! :)


No i makaronowo się na blogach zrobiło :)
W to mi graj! No, bo kto, jak nie ja, lubi tak makaron?
No tego nie da się tak łatwo stwierdzić, ale ja posłusznie melduję, że makaron lubię bardzooo.
A jeszcze bardziej lubię z nim kombinować, łączyć z różnymi składnikami i cudować.
Dziś też cudowałam i wycudowałam sobie makaron z bobem i tofu. A co! Najważniejsze, że smaczne było!



Do bobu ma szczególny sentyment, gdyż kojarzy mi się z dzieciństwem, z ukochaną ciocią i smrodem. Oh, jak ja za dziecia nie znosiłam bobu! I jeszcze z tym wstrętnym koperkiem! A ciocia go gotowała codziennie i codziennie zajadała i próbowała mnie namówić. A ja uciekałam i tylko się kłóciłam.
Teraz ciocia już nie żyje, a ja uwielbiam bób, koperkiem też nie gardzę ;)

Farfalle z bobem i tofu
1 porcja
- 70 g makaronu farfalle
- 100 g bobu
- 50 g wędzonego tofu
- łyżeczka uprażonych płatków migdałowych
- sos sojowy
- świeżo zmielony czarny pieprz
- bazylia (u mnie suszona)
Makaron i bób ugotować al dente. Tofu pokroić w kostkę, namoczyć na chwilę w sosie sojowym i usmażyć do zrumienienia na patelni. Płatki migdałowe uprażyć.
Ugotowany bób obrać z łupinek i wymieszać z odcedzonym makaronem. Doprawić pieprzem i bazylią, dokładnie wymieszać. Na talerzu posypać tofu i płatkami migdałowymi.

Makaron jest dobry na wszystko Z widelcem po Europie

sobota, 11 lipca 2009

Ukoić "jego"...

Ostatnie dni były lekko zakręcone. Ba! Nadal są, jednak moja dieta w tym okresie była lekkim przegięciem.
Wolę nie analizować tego co jadłam, bo chcąc przeżyć ratowałam się mało wartościowym jedzonkiem. To co mi podawano było nie zjadliwe, a jeszcze gorzej wyglądało. Zapychałam więc żołądek tym co udało mi się zdobyć ;)
W ramach rekompensaty i uspokojenia (jak to ktoś ostatnio określił)* „wkur***ego” żołądka postanowiłam zjeść coś w miarę zdrowego.
A co jest zdrowe? Zdrowa jest kasza gryczana, a do tego smaczna jak diabli (a diabełki lubują się w diabełkowo smacznym żarełku).
No i w dodatku kasza gryczana to królowa kasz. Nie dość, że zawiera mnóstwo mikroelementów, to jeszcze bogata w białko jest. No i na płodność wpływa ;)



Natrafiłam na pewne zdjęcie, zdjęcie co mnie bardzo zaciekawiło, bo i była tam kasza gryczana i brokuły i bób i groszek. W przepis się tylko lekko zagłębiłam, zainspirowało mnie zdjęcie i to właśnie na podstawie zdjęcia postanowiłam stworzyć to danie.



Kasza gryczana z bobem, groszkiem i brokułami
- 60 g kaszy gryczanej
- 200 g bobu
- 100 g brokułów
- 100 g zielonego groszku- u mnie mrożony
- garść orzechów nerkowca
- sos sojowy
- czarny pieprz
- tymianek
Kaszę ugotować. W między czasie ugotować warzywa (mają być jędrne, wystarczy chwila, najlepiej na parze). Orzechy uprażyć. Kaszę wymieszać z sosem, pieprzem i tymiankiem. Dodać warzywa i dokładnie wymieszać.

* towarzysz niedoli ;)

poniedziałek, 6 lipca 2009

Papatki

Przyszłam się pożegnać.
Podobnie jak Casia, muszę zniknąć na jakiś czas z blogosfery, ze swojego kurnika, z mojego ukochanego miasta.
Nie chcę, ale muszę, czasem musimy zrobić coś wbrew sobie, właśnie dla swojego dobra.
Ja też muszę.
Wrócę, ale nie wiem kiedy. Może już w piątek, może za tydzień, a może za miesiąc.
To się podobno okaże w praniu...
Trzymajcie za mnie kciuki, a raczej za moje zdrówko.
Na pożegnanie zapraszam na talerzyk pysznej, ufoludkowej zupki, idealnej na letnie dni :)



Smacznego i do zobaczenia!

Zupa - krem z bobu i brokułów
1 miseczka
- 250 ml bulionu
- 200 g bobu
- 200g brokułów
- ząbek czosnku
- świeżo zmielony czarny pieprz, tymianek
- sos sojowy
- ew. zamiast połowy bulionu jogurt lub śmietana
Bób ugotować w osolonej wodzie, brokuły w bulionie z ząbkiem czosnku. Bób obrać, dodać do ugotowanych brokułów (bulionu nie wylewać) i zmiksować (część warzyw odłożyć do dekoracji). Można odlać część bulionu i zastąpić go jogurtem (lepiej wcześniej trochę schłodzic). Doprawić do smaku sosem, pieprzem i tymiankiem.

Letni Festiwal Zupy

piątek, 3 lipca 2009

Szybko, szybciej od pociągu :)

Podobno podróże kształcą.
Coś w tym stwierdzeniu jest.
Ale nie mnie, nie w takie upały, nie podróżując w niedziele Polskimi kolejami. No i na lekkim kacu ;)
Pociąg krótki, zapchany i duszno w nim jak w saunie.
Ja podziękuję za takie atrakcje. A już znowu szykuje się wizja takiej podróży, na szczęście krótszej.
Do domu wpadłam zmęczona, głodna i pozbawiona resztek sił przez moje słynne ogromne bagaże ;)
Musiałam zjeść coś szybko, coś co krótko się robi i mi będzie smakować.
Wiadomo na co padło... Padło na makaron :)



Makaron z mozzarellą i wędzonym kurczakiem
60 g makaronu
kilka różyczek brokuł
kawałek wędzonego kurczaka ( u mnie pałka)
mozzarella
świeżo zielony czarny pieprz
sos sojowy jasny
ewentualnie odrobina czosnku

Makaron ugotować al dente.
W trakcie gotowania makaronu pokroić w kostkę mozzarellę i mięso. Brokuły zblanszować lub krótko pogotować.
Wszystko wymieszać z odcedzonym makaronem, doprawić do smaku sosem sojowym i pieprzem. Można dodać odrobinę zmiażdżonego czosnku dla zaostrzenia smaku.

Z widelcem po Europie