Skuteczna reklama na blogach sprzedawana za pomocą AdTaily(PLALLADTAILY0002)

sobota, 28 lutego 2009

Zielono mi :)

Tak jak mówiłam, znaczy pisałam tak też zrobiłam psze Państwa. Obiecałam makaron? Obiecałam! Obiecałam szpinak? Obiecałam? Obiecałam suszone pomidory? Obiecałam. Więc 3-krotne obietnice nie mogą sobie tak o z wiatrem w świat polecieć.
Zwiedzając okoliczne markety i tym podobne cuda nowoczesnego świata, trafiłam do Lidla, a tam z zamrażalki uśmiechał się mój ulubiony szpinak w sosie śmietanowym. No i jak ja mogłam mu odmówić? No nie mogłam, co więcej za jednym pudełkiem wskoczyło drugie i razem do kasy ze mną powędrowały.
Oj wiem, że zdrowszy jest szpinak świeży, bądź mrożony bez „śmietany” i „witamin z grupy E”, ale ja i tak chyba już za zdrowo się odżywiam, a studentką jeszcze jestem i preservatives są mi potrzebne, co by zakonserwować trochę mózg przed stresującym nie pisaniem magisterki, która powinna wg. mojej pani promotor już leżeć na jej biurku ;) Nie leży jednak, a ja zamiast ją tworzyć z makaronem się bratam :)
No, ale wracając do obietnic zrobiłam 3 w 1 (przecież nie będę się ograniczać do 2 w 1) i połączyłam te trzy obiecanki – nie cacanki w jedność z małym ostrym akcentem w postaci zielonego pleśniaka o wdzięcznej nazwie Lazur :)
Szpinaczek pozbawiłam mroźnej glazury na mojej małej patelni, makaron w piernikowej wodzie ugotowałam i wszystko, a raczej częśc zielonego stwora i cały makaron odsączony z wody połączyłam z suszonymi tomatami, lazurem i czosnkiem i wyszła nawet fajna mieszanka, do tego nie wybuchowa :).



A że szpinaku zostało i to nie mało, a jajka w lodówce też się znalazły to na śniadanie zrobiłam smaczny omlecik z zielonym dodatkiem:)



Tagliatelle ze szpinakiem i suszonymi pomidorami
100g mrożonego szpinaku ze śmietaną
15g sera pleśniowego - Lazur
3 suszone pomidory z oleju
pół ząbka czosnku
sól, pieprz, sok z cytryny
70 g makarony tagliatelle
Na patelni rozmroziłam szpinak, dodałam do niego zmiażdżony czosnek i chwilę poddusiłam wszystko razem. Dodałam pokrojone suszone pomidory i część pokruszonego sera. Doprawiłam solą, pieprzem, sokiem z cytyny i podgrzałam do rozpuszczenia sera. Wymieszałam z ugotowanym makaronem, wyłożyłam na talerz i posypałam resztką sera.
inspiracja

Omlet ze szpinakiem i lazurem
2 jajka rozbełtałam z odrobiną mleka, solą i pieprzem. Masę wylałam na rozgrzaną patelnię posmarowaną odrobiną masła. Gdy spód się ściął delikatnie wymieszałam wszystko i przykryłam pokrywką do ścięcia masy z wierzchu- jednak nie za mocno, chciałam spróbował pół- ściętego omletu, gdyż zawsze robiłam dobrze wysmażony. Na osobnej patelni podgrzałam szpinak (już rozmrozony ze śmietaną), położyłam na połowę omletu, posypałam rozkruszonym lazurem i posiekanymi orzechami włoskimi. Omlet złożyłam i przełożyłam na talerz.

piątek, 27 lutego 2009

Wszyscy rybkują i ja też!

Tak jak już kiedyś, a nawet całkiem niedawno pisałam, jak coś otworzę to męczę to przez długie dni, a czasem nawet tygodnie jeśli konserwacja produktu na to pozwala. A jeśli w dodatku coś mi ledwo podchodzi, to znaczy smakować raczej nie smakuje, zjeść zjem, ale bez zachwytów, to już w ogóle kisi mi się dany produkt w lodówce bardzo długo ;)
Tak tez jest z tymi nieszczęsnymi suszonymi pomidorami w zalewie olejowo-octowej, na które naciągnęłam biednego dziadkowatego. Pewnie te suszone w oleju by mi bardziej smakowały bez dodatku octu, który pogarsza całą sprawę nie tylko smakową, bo i pojedzeniową! No nie mogę jeść kwaśnego, octowego, bo mam zgagę! Nawet po cytrynach, musztardzie, a o occie to już nie wspominam. Ale co to zrobić jak czasem trzeba, czasem się chce ;)
Dziś wpadłam na pomysł szybkiego zutylizowania części suszonych tomatów, w sumie wpadłam na dwa pomysły, ale jeden jutro wykorzystam, bo tez z makaronem, a co za dużo dobrego (czytaj makaron) to nie zdrowo ;)
Makaroniara jestem i już nie mogę się doczekać jutra, gdy skonsumuje go znowu, oby tylko te suszone tomaty co z nim jutro wystąpią nie zgagowały mnie znowu, bo mi się ranigast kończy ;)



W sumie dobre wyszło, nawet bardzo, ale to pewnie ze względu na makaron ;p




Fusilli z tuńczykiem i suszonymi pomidorami
1 porcja
- 70 g makaronu świderki
- pół puszki (ok. 70 g) tuńczyka z puszki
- 3 pomidory suszone
- 3 łyżeczki śmietany
- czosnek
- oregano, pieprz,
- parmezan
Makaron ugotować al dente. Tuńczyka odsączyć z zalewy, rozdrobnić (ale nie za mocno), pomidory pokroić. Czosnek zmiażdżyć lub drobno posiekać (u mnie to drugie, nie chciałam mieć dodatkowego sprzętu do mycia ;) ). Na patelnie wrzucić pomidory, tuńczyk i czosnek, niech to sie trochę podsmaży na oliwie z pomidorów. Dodać śmietanę i odcedzony makaron. Wymieszać, doprawić do smaku. Na talerzu posypać parmezanem lub serem co obok niego leżał - tak jak ja ;)

środa, 25 lutego 2009

Żeby życie miało smaczek, raz dziewczynka raz chłopaczek ;)

I znowu się zaczęło :( Koniec laby, pora podwinąć rękawy, zacisnąć zęby i grzecznie chodzić na zajęcia. Nowy semestr, nowe przedmioty, nowa nudaaa. Czasem nie mogę się nadziwić jak nadgorliwość ludzi tworzących program nauczania, plan zajęć i treści programowe, może zniechęcić ambitnego studenta do jakiejkolwiek aktywności naukowej. Na moim wydziale udało się im to znakomicie i 80% studentów znienawidziło swój kierunek przez zwykłą głupotę niektórych osóbek.
Z roku na rok człowiek jest coraz starszy, ma mniej sił, a tu zamiast ułatwiać nam życie dowalają coraz więcej coraz bardziej naciąganych przedmiotów. Nie dość, że ogarnia człowieka coraz większe zniechęcenie to jeszcze wizja egzaminu magisterskiego coraz niżej wisi nad głową. Ha, egzaminu, jednak trzeba mieć co bronić…ja jeszcze nie mam i coś nie widzę, abym szybko to miała…
No, ale sama sobie wybrałam kierunek i teraz mogę sobie tylko pojęczeć. A humor poprawiam sobie w inny sposób, dogadzając brzuszkowi i kubkom smakowym. A co czasem trzeba! Wędzony łosoś, awokado, prażony słonecznik… pycha! I Pomyśleć, ze moja pierwsza przygoda z awokado wyglądała mniej więcej tak: bleeeeee co to za miękkie świństwo, niech ktoś to ode mnie weźmie ;)




Ryżowa smakowitość z awokado i łososiem

- ryż parboiled – 30 g
- awokado ok. 50 g
- łosoś wędzony – ok. 50 g
- uprażone ziarno słonecznika – 10 g
- sos: po łyżeczce majonezu jogomajo, jogurtu naturalnego i musztardy.
- pieprz,
- sok z cytryny.
Ryż ugotować . W tym czasie w miseczce zmieszać składniki sosu. Łososia porwać na mniejsze kawałki, awokado pokroić w kostkę i skropić sokiem z cytryny, by nie zciemniało. Wszystkie składniki wymieszać w miseczce i popierzyć do smaku ;)


poniedziałek, 23 lutego 2009

Majtoszkowe braki :)

Chyba pomyliłam kierunki studiów i powinnam iść na turystykę! O tak, patrząc na moje ostatnie wojaże trzeba przyznać, że w coraz odleglejsze zakątki się wypuszczam :)
Najpierw na zachód Polski wyjechałam, potem do stolicy, a teraz podążam za Ireną i Andrzejem i ich tropem dotarłam do Islandii, a ponieważ i Islandia i Rosja leżą na północy Europy, to i o Rosję zahaczyłam w międzyczasie. W Rosji wylądowałam za sprawą i Joanny z forum Cincin, która zorganizowała tydzień kuchni rosyjskiej i za sprawą Liski, która skusiła mnie na bliny gryczane. Kuszą i kuszą, a ja głupia nie poszłam śladem Oczka i zapasowych majtoszek nie zakupiłam. Teraz Oczko wszędzie o tym trąb i niby jest zła, że to wypaplałam, ale ja ją znam i to dobrze (bo przecież ludzi najlepiej poznaje się w łóżku a my nie jedną, nie dwie i nie trzy, a więcej nocy razem w łóżeczku spedziłyśmy) i wiem, ze jest dumna jak paw.
No cóż, mój błąd, ale daję radę, więc jest w miarę dobrze, a nowe smaki i nowe miejsca rekompensują cowieczorne pranie bielizny ;)
Żałuję tylko, że Oczkowego Hirka nie zabrałam ze sobą, ptaszyna by jakoś odreagował Oczkowe znęcanie się nad nim i tłumaczenia, ze ptasia grypę w Piernikowie złapał ;)
No, ale nie o tym miało być, a o Islandzkiej zapiekance kalafiorowej i Rosyjskich blinach gryczanych :)

Zapiekanka wyszła bardzo smaczna, a do tego bardzo prosta w przygotowaniu i lekka dla ciała, którego mam coraz więcej, bom nie Francuzka i czasem tyję, a one przecież nie tyją ;)


Co do blin (blinów?), no cóż trochę się zawiodłam, to chyba nie to czego się spodziewałam, były za bardzo wyraziste w smaku. Chyba jednak wolę je w wersji pszenno-gryczanej i taka też w przyszłości popełnię ;)



Zapiekanka kalafiorowo - serowa (Bakað blómkál með osti)
na 1 porcję potrzebujemy:
- ok. pół paczki mrożonego kalafiora lub 300g świeżego
- garść sera żółtego
- trochę parmezanu
- garść bułki tartej.
Kalafior ugotować (ma być pół twardy, w oryginalnym przepisie jest napisane, że mam go gotować 10-15 minut- lekka przesada). Rozgrzać piekarnik do 200 stopni, różyczki kalafiora odcedzić (w przepisie miał być kalafior w całości, ale miałam mrożony), ułożyć w naczyniu do zapiekania. Bułkę tartą wymieszać z parmezanem, posypać mieszanką kalafior, a na samą górę wrzucić starty żółty ser.
Ja od siebie do mieszanki bułki i parmezanu dodałam przyprawy różne różniste, aha no i wiadomo miałam ser typu parmezan, a nie parmezan ;)
inspiracja: http://icecook.blogspot.com/2006/12/cauliflower-cheese-bake-baka-blmkl-me.html

Bliny gryczane - przepis za Liską
2 porcje, dla mnie jedna ;)
80 g mąki gryczanej
150 ml mleka, lekko ciepłego
10 g świeżych drożdży (lub łyżeczka drożdży instant)
1 jajko
1 łyżeczka soli
szczypta czarnego pieprzu
olej do smażenia
Drożdże rozpuszczamy w 50 ml mleka, następnie dodajemy pozostałe składniki (na końcu mąkę i jajko). Energicznie mieszamy łyżką lub mikserem. Ciasto powinno mieć konsystencję gęstej śmietany.
Przykrywamy miskę folią spożywczą i odstawiamy na godzinę. To bardzo ważne, bo dzięki temu bliny będą puszyste.
Nagrzewamy patelnię i spryskujemy odrobiną oleju - tylko tyle, by ciasto nie przywierało do patelni. Bliny nie mają pływać w tłuszczu. Łyżką nalewamy porcje ciasta i smażymy dosyć cienkie placki. Do czasu podania trzymamy pod przykryciem.
Podajemy ciepłe z dodatkami, jakie lubimy. Ja podałam z sosem chrzanowym (jogurt + chrzan).

niedziela, 22 lutego 2009

Makaronowo - Czekoladowy weekend w stolicy :)

Ponownie stolica przywitała wieś otwartymi ramionami, ponownie princeska spędziła wspaniały weekend z dwoma kwoczkami i jednym rodzynkiem, ponownie było gotująco, pijąco i upojnie ;)
Dopiero co weszłam do domku, zmarznięta, bo nie miał kto przypilnować pogody jak mnie nie było i moje miasteczko zasypało białym puchem. Właśnie popijam gorącą kawę i z tęsknotą wspominam Latte Macchiato Tiliowego S.



Stepper do mnie krzyczy, że mam go w końcu użyć, bo po tym weekendzie już w ogóle w drzwi się nie zmieszczę, ale grumko wywołał do tablicy i trzeba zdać najpierw relacje z wyprawy:)

Ale co tu opisywać skoro wiadomo, że było niesamowicie, jak zawsze z moimi kwoczkami. W piątek było zakupowo- jedzeniowo. I w Organicu byłyśmy, i w Kuchniach świata, i też na Hali Mirowskiej. Łosoś został kupiony i na obiadek przez Tilię zrobiony, a do tego makaron w pysznym sosie cytrynowo- limonkowym. Po obiadku była pyszna kawka i wieczorne ploty przy winku do później nocy, która była stosunkowo nieudana, bo Oczko zasnęło bardzo szybko ;)



W sobotę ruszyliśmy na słynny Jarmark produktów regionalnych w Blue City. My z oczkiem ze szczególnym podnieceniem, bo był to nasz pierwszy raz. Jakich pyszności się tam na próbowałyśmy, ile zapachów wchłonęłyśmy, ile ładnych panów (w sumie dwóch) widziałyśmy (znaczy ja ;) ) i ile pyszności kupiłyśmy. No właśnie co do tych pyszności, ostrzegam na stoisku z oscypkami, mi się podeschnięty trafił :(
Później jak to u bab bywa zakupy były, tylko dla Oczka udane, majtoszek to sobie na kupiła co niemiara, ale myślę że to nowe oczka tak na nią zadziałały ;) Bo Oczko nam metamorfozę przeszło i w wampa się przemieniło, teraz rzuca kuszące spojrzenia ślicznymi, delikatnie podkreślonymi Oczkami :)

Na obiadek Tiliuś zrobiła makaronik Soba na szpinaku i łosoś, tak ten weekend było nie tylko czekoladowy, ale też makaronowy ;) Kawka oczywiście po obiadku była z panna cottą ala straciatella , a później pidżama party!!! Niektórzy bawili się bardzo upojnie, dziś mniej, a chichów i hahów było jak nigdy :) Nawet Tiliowej kotce się udzieliło i w nocy zaczęła w kuwecie tańcować ;)





Jednak prawdziwie uroczyście było dziś rano. Gdy Oczko zwlokło się już z łóżka, Tilia podała swoje weekendowe dzieło, a mianowicie Croissanty z czekoladą („Francuzki nie tyją” str. 179). Dzieło Tiliowe, bo nie ma co udawać i przyznać się do grzechu, ale w ten weekend my z Oczkiem więcej jadłyśmy (i piłyśmy) niż gotowałyśmy, Tilia tym razem była głównym kuchcikiem. Rogaliki wyszły pyszne, mocno czekoladowe i niezwykle kruche. Nawet ja zjadłam 2 :) Hohoho co to było za śniadanie.



Niestety czas zleciał szybciej niż szybko (nawet w weekendowej piekarni nie dałyśmy rady wziąć udziału :( )i trzeba było pakować pupcię i do domku wracać (jeszcze raz ktoś zamknie metro gdy ja wracam do domu to mnie popamięta ;) ). A teraz pozostaje odliczać dni do kolejnego spotkania 3 czarodziejskich ptaszyn (kurczaka i 2 kwok ;) )

p.s. o przepisy do Tilii uderzać ;) jak mi prześle to umieszczę ;)

czwartek, 19 lutego 2009

Kluski i Pierogi

Kluski leniwe vel twarogowe



Serowe knedelki z kaszą manną i rzeżuchą



Pieczone pierogi z kapustą i grzybami


Kluski gryczane


Kakaowo-serowe knedelki z truskawkami

Czekoladowy falstart ;)

Sondaże wykazują, że dziewięć osób na dziesięć przyznaje, że uwielbia czekoladę...a ta dziesiąta kłamie”* Hmmm może coś w tym jest, ale ja chyba jak zwykle odstaję od normy.
Nie moge powiedzieć, że nie lubię czekolady, ale nie mogę powiedzieć, że je raffole de chocolat (jestem czekoladoholiczką). Kosteczki dobrej czekolady nie odmówię, ale nie więcej, więcej mnie mdli. Co więcej, jako młody podlotek w ogóle nie jadałam tego typu smakołyków, no nie lubiłam i już. Teraz od czasu do czasu (niestety widzę coraz krótsze odstępy pomiędzy tym od czasu do czasu) skubne tu i tam trochę tej ciemnej masy ;)
Mówią, ze czekolada poprawia humor, oczywiście nie w moim przypadku...Mi nic nie poprawia humoru, a na pewno nie czekolada, co najwyżej potrafi mnie pogrążyć, że znów jej uległam, zjadłam za dużo, mdli mnie i wchodzi w bioderka.
Tak też było i tym razem. Znów przesadziłam ze słodkością deseru. Jako, że jutro wyruszam do stolicy, do Oczka i Tilii by z nimi i Casią wspólnie szaleć w Blue City, Bea pozwoliła mi falstartować z Czekoladowym weekendem. Postanowiłam zrobić coś na co od pewnego czasu miałam ogromną chrapkę. Coś co znalazłam w książce „Francuzki nie tyją”, coś co miało dac mi przyjemność. Pewnie i by dało, gdybym tego nie przesłodziła ;p Zrobiłam Czekoladowy pudding ryżowy, lekko odbiegający od oryginału, gdyż dodałam banana i kokos.



Po co ja słodziłam mleko podczas gotowania ryżu??? Nigdy chyba nie zrozumiem powiedzenia „co za dużo to nie zdrowo” ;) Jednak polecam dla maniaków słodyczy, gdyż bogactwo smaków i słodyczy godna jest spróbowania :)



Czekoladowy pudding ryżowy z bananem i Irish cream
- ryż arborio 60g
- 300 ml mleka
- kieliszek likieru Irish cream
- kostka czekolady
- łyżeczka cukru
- 1/4 banana
- odrobina zrumienionych wiórek kokosowych
- szczypta soli
Zagotować mleko z likierem, cukrem i solą. Wrzucić ryż i gotować na małym ogniu, aż ryż będzie miękki, kleisty, jednak z twardym środkiem (coś jak rissotto, ale bardziej kremowe). W naczyniu, na dnie ułożyć plasterki banana, na nie wyłożyć ryż, w który wsadzić kawałki czekolady. Całość posypać wiórkami




* "Francuzki nie tyją" M. Guiliano

p.s. szkoda, ze nie jestem Francuzką...

wtorek, 17 lutego 2009

Problemy w kuchni młodej-starej panny ;)

Tak to już jest jak się jest singlem (z wyboru, nie wyboru), czy też początkującą starą panną. Chcesz smacznie zjeść, a tu pojawia się problem. Problem składników. Potrzebujesz czegoś 2 łyżki, a musisz kupić całą puszkę. No i męczysz potem tą puszkę przez kilka dni, co by się nie zepsuło, bo szkoda!
To jest właśnie jeden z moich największych problemów w kuchni, co zrobić z resztą?! Dośc często udaje mi się wychodzić z problemu obroną ręką, choć przyznać muszę, że niekiedy bywa to męczące. Człowiek ma ochotę na sałatkę z fetą, fety potrzebuje 50 g, a resztę wrzuca gdzie się tylko da, albo przekopuje internet w poszukiwaniu ciekawych przepisów, które zawierają jak najwięcej produktów, które akurat masz i musisz zjeść.
No i ja mam ta fetę, no i mam też groszek i co tu zrobić? No co, kombinować jak koń pod górkę, modyfikować, przekształcać.

W ten właśnie kombinatorski sposób postało dzisiaj moje drugie śniadanie. W serwisie BBC Good Food (fajny no ;) ) znalazłam smacznie zapowiadający się przepis na sałatkę z fety, szpinaku i bobu. Jednak pojawił się problem, wynikający z braku szpinaku i bobu, czyli kaszanka jak to mawiają. Bobu mrożonego nie miałam w pobliskim sklepie, więc pomyślałam, że groszek może być dobrym zastępcą. Groszek świeży lub mrożony, jednak z lodówki odezwał się głos konserwowanego, że jak kupię mrożony to on się obrazi i wyjdzie z lodówki! Co ja biedna miałam począć, wzięłam go do kuskusowej sałatki. Smacznie się w niej rozgościł, jednak myślę, że lepie by tu dopasował się groszek mrożony. Jednak nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, smacznie było, a feta jeszcze jest więc można zrobić powtórkę z rozrywki, tym razem z groszkiem mrożonym!



A tak really serious to smaczne wyszło i to bardzo, mimo tego konserwowego a nie mrożonego ;) A wersja z bobem poczeka na swój czas.



Kuskus z fetą, groszkiem i czarnymi oliwkami
1 porcja
•40g kuskus
•80 g groszku konserwowego (lub mrożonego/świeżego)
•kilka czarnych oliwek
•40g fety
•natka pietruszki
•świeżo zmielony czarny pieprz, suszona bazylia
Kaszę zalałam wrzątkiem z dodatkiem sosu sojowego i przykryłam talerzykiem by wchłonęła wodę. W tym czasie fetę pokroiłam w kostkę, oliwki przekroiłam na pół, groszek odsączyłam z zalewy. Połączyłam wszystkie składniki z kuskusem, przyprawiłam pieprzem i bazylią. Posypałam posiekaną natką pietruszki.

Grunt to nie poddawać się


Czasem w życiu tak bywa, że początki bywają piękne. Uczymy się czegoś nowego, wychodzi to nam to bardzo dobrze, może nie idealnie i perfekcyjnie, ale dobrze. Cieszymy się, chwalimy, jesteśmy z siebie dumni. A potem bęc, klapa, pierwsze niepowodzenia i zniechęcenie. Zadajemy sobie pytanie, ale czemu? Przecież ćwiczymy, nabieramy wprawy, powinno być jeszcze lepiej…a nie jest. I co wtedy? Wtedy trzeba zacisnąć zęby i próbować dalej, bo najgorsze co może być to właśnie poddanie się po pierwszych wpadkach.
Tak właśnie było z moim pieczeniem chleba. Pierwsze chleby wychodziły jak z piekarni, smaczne (no dobra smaczniejsze ;) ), w miarę ładne (no okrągłych bochenków piec nadal nie potrafię) i rosły jak na drożdżach (bo na czymś musiały). Aż przyszedł jeden taki 13 w piątek, gdy chleb się nie udał. Nie urósł tak jak powinien, i to w dodatku mój pierwszy własnoręcznie upieczony chleb, najprostszy z prostych i w dodatku zrobiony po raz pierwszy zgodnie z przepisem! Chodzi o chleb cebulowy. Nie raz z nim kombinowałam, a to oliwy nie dodałam, a to zamiast smażonej cebulki suszoną wrzuciłam i zawsze pięknie wyrastał, a tu taki kurdupel z piekarnika wyszedł! Powody tego znalazłam 3: wredna mąka, dzień pieczenia (przesądna czasem bywam), nieznany mi piekarnik. Chleb był bardzo smaczny, z dziadkiem zjedliśmy na raz pół bochenka, ale mnie wkurzył niesamowicie. Bo ja tu chcę się pochwalić, że chleby piekę sama, a tu mi karzeł wychodzi! Fakt faktem, że zaprezentowałam swoje zdolności piekarskie pięknym chlebem orkiszowym z miodem (podziękowania dla Liski), ale nie piekłam go przy dziadkach, a w domku i oni mi nie chcieli uwierzyć, że to moje dzieło! Jednak jakiś sukces osiągnęłam, bo dziadek zakazał mi piec chleba twierdząc, że przez nego przytył 2 kilo, bo taki pyszny (stwierdzam, że przytył nie od ciasta, a od tych smakołyków, które trzyma w swojej szafce;) ).
No, ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Wróciłam o domku, spragniona jakiegoś chleba na zakwasie. Postanowiłam upiec Razowiec Tatter. Kwasior się ucieszył, że znów może wyjść z mroźnej lodówki, ale chyba za karę, że go zostawiłam samego, aż na tydzień zamiast chleba dał mi cegłę! No cegłówka jak nic wyszła, mogłam ją sprzedać jakiemuś budowlańcowi jako bio-cegłę ;)
Zła na wszystko i wszystkich dałam sobie 3 ostatnią szansę, potem planowałam iść po mój ulubiony chleb do pobliskiej piekarni. Szukałam długo prostego i szybkiego chleba. Nie chciałam już walczyć z zakwasem, ale chciałam coś razowego. Natrafiłam na galerii potraw na chleb podany przez Panią Serwusową. Jedyne co w nim mi pasowało to szybkość przygotowania, ale chciałam razowy nie pszenny, smakowy, ale nie ze słonecznikiem!
Dlatego przerobiłam drania na Chleb mieszany z papryką. To przerobienie wymagało ode mnie zmieszania 3 rodzajów mąk, dodania suszonej papryki w płatkach i zwiększenia ilości wody (dałam chyba i tak za mało). Chleb ładnie urósł (robiłam z 2/3 proporcji i w keksówce), jedna trochę zbyt zwarty, ale grunt, że smaczny i godny polecenia :).



Chleb mieszany z papryką
mała keksówka, przepis oryginalny, moja modyfikacja
- 350 g mąki (200 g mąki pszennej typ 620, 100g mąki żytniej chlebowej, 50 g mąki razowej 2000)
- 5,5 g suchych drożdży (dałam trochę wiecej ze względu na razową)
- 225 ml wody (trzeba jednak dać trochę wiecej)
- garść suszonej papryki w płatkach
- ½ łyżeczki cukru i ½ łyżeczki soli
- łyżka oliwy
Wszystkie składniki wyrobić na elastyczne ciasto. Odstawić do wyrośnięcia (ma podwoić swoją objętość). Odgazować, ponownie chwilę wyrabiać i włożyć do małej keksówki wysmarowanej oliwą. Po ok. 40 minutach wstawić do piekarnika nagrzanego do 225 stopni (z naczyniem z wodą) i piec ok. 35 minut.

A do chleba, w ramach przekonywania się do pomidorów suszonych w oleju ( z octem w składzie, którego nie znoszę), zrobiłam jajecznicę z suszonymi pomidorami, którą pierwotnie zaproponowała Asia z Kwestii Smaku. Sobą bym nie była, gdybym czegoś nie zmieniła ;) Od siebie dodałam groszek konserwowy :)
Przyznać muszę, że w tej wersji pomidorki mi nawet posmakowały :) (Oczko nie ciesz dzióbka ;p)



Jajecznica z suszonymi pomidorami, przepis za Asią (z moimi modyfikacjami)
- 4 jajka (wzięłam 2)
- 2 łyżki masła do jajecznicy + do posmarowania chleba (nie posiadałam ;) )
- sól morska i świeżo zmielony czarny pieprz
-4 kromki chleba opieczonego w tosterze lub grillowanego (nie opiekałam, bo chciałam świeżynkę)
- 2 suszone pomidory, pokrojone na małe kawałeczki
-świeża mięta (lub ewentualnie bazylia)- brak na składzie ;)
- plus 2 łyżki groszku konserwowego
- kapka mleka
Jajka wbić do miseczki (dałam kapkę mleka). Chleb opiec w tosterze lub zgillować w piekarniku a po ostygnięciu posmarować masłem (pominęłam). Rozgrzać patelnię i na małym ogniu roztopić 2 łyżki masła, dodać jajka i oprószyć delikatnie solą. Smażyć na małym ogniu, delikatnie przesuwając jajka drewnianą łyżką. Pod koniec smażenia jajecznicy dodać suszone pomidory ( i groszek), doprawić świeżo zmielonym czarnym pieprzem. Jajka rozłożyć po równo na każdej kromce chleba. Posypać miętą lub bazylią ( nie posiadam ;) ).



Moich modyfikacji było co nie miara, ale smaczne było, o!
I jak zwykle esej na 2 strony napisałam ;)

poniedziałek, 16 lutego 2009

Kotleciarzem zostałam ;)

No i wylądowałam na własnych śmieciach. Wczoraj zapakowałam kuper na miotłę, bąka puściłam by zaiskrzyło i odpaliłam moją podniebną maszynę. Własny GPRS pokierował moją bryką tak, że wieczorem cała, ale ledwo żywa znalazłam się w swoim małym kurniczku.
Oczywiście bez problemów się nie obyło, a największym z nich był ciężar mojego bagażu. Nie ma to jak być blondynką, zapakować ogromną torbę i nawet nie sprawdzić czy jest się w stanie ją unieść… Nagrodę Darwina powinnam dostać (ale przeżyłam, więc nie dostane). Mimo, że niosłam moje bagaże góra 100 metrów, dziś mam pięknie popękane naczynka na łapkach i siniaki o pięknym fioletowym odcieniu. Czemu niektóre kurczaki mają móżdżki ptasie? Ehh zdarzenie losowe ;)

No, ale mniejsza z tym do wesela rany się zagoją. Grunt, że już wróciłam i mogę sobie pogotować do woli, o! I sobie ugotowałam, znaczy nic nie gotowałam, raczej smażyłam pyszny obiadek. Może i nie wyszedł jak oryginał, przynajmniej z zewnątrz, bo smaku oryginału nie znam, jedynie wygląd, jednak narzekać nie mogę. Poza tym jak wiadomo, na Good Food zdjęcia są często podrasowywane, a u mnie sama natura ;p
No i zrobiłam Kotlety z kuskus, fety i suszonych pomidorów, a do tego warzywka na patelnie :) Pycha było no nie mogę. Trochę dużo wyszło, bo przepis był niby na 4 porcje, więc zrobiłam z ¼ składników. A wyszedł mi jeden kotlet-olbrzym i drugi trochę mniejszy. Ten mniejszy była jakiś smaczniejszy, bardziej zwarty i ogólnie fajniejszy no ;) Mały, ale wariat ;)



A teraz obżarta i stęskniona za kilkoma rzeczami idę dać odpocząć kuperkowi, bo dziś się nalatał jak rzadko, a jeszcze nie odpoczął po wczorajszym ;)

Kotlety z kuskus, fety i suszonych pomidorów
w nawiasie użyte przeze mnie proporcje
•175g kuskus (40 g)
•200ml gorącego bulionu (wlałam na oko)
•1 roztrzepane jajko (wzięłam pół)
•1 łyżka jogurtu naturalnego
•85g sera feta, pokrojonego w kostkę (ok. 30-40g)
•50g suszonych pomidorów, pokrojonych na mniejsze kawałki (wzięłam ok. 10g)
•3 posiekane, zielone cebulki (jedna mała i czerwona ;))
•2 łyżki oleju słonecznikowego (kapka oleju rzepakowego)
•papryka suszona w płatkach, czosnek suszony, pieprz
Kuskus zalać bulionem , przykryć i odstawić na 5 minut lub do momentu aż wchłonie cały bulion (ja zostawiłam jeszcze do ostygnięcia, by mi się jajo nie zcięło za szybko ;) ). Jajko wymieszać z jogurtem i dodać do kaszy. Dobrze wymieszać i przyprawić ulubionymi ziołami/przyprawami. Ja użyłam paprykę, czosnek i pieprz, soli nie, ponieważ feta jest słona. Dodać pomidory, cebulkę i fetę. Delikatnie wymieszać składniki.
W przepisie radzą by podzielić masę na 4 burgery, ale wg. mnie to lepiej zrobić mniejsze a więcej, smaczniejsze wychodzą. Ja zrobiłam jeden wielki kotlet i jeden mniejszy, następnym razem zrobię 3 kotleciki.
Na patelni teflonowej rozgrzać olej, wrzucić kotlety i smażyć (ja pod przykryciem), aż ładnie się zezłocą i będą w miarę zwarte.
Podawać z warzywami i ulubionym sosem (ja z jogurtem naturalnym).



Pycha!

sobota, 14 lutego 2009

Powinni tego zabronić lub powielić...


No i mamy te walentynki… Ja jakoś ich nie odczuwam. Od zwykły dzień jak ja co dzień. Dlaczego ludzie nie mają okazywać sobie miłości przez cały rok tylko akurat 14 lutego? Bez sensu i tyle. Fakt, można ten dzień wykorzystać jako dzień przeznaczony dla ukochanej osoby, cały dzień z nią itd. Ale w takim razie, wg. mnie walentynki powinny być obchodzone przynajmniej 2 razy w miesiącu. O i tyle na temat no! :)
A ja zamiast świętować czy jak to tam nazwać pakuję swoje zabawki i szykuję się do powrotu do mojego Kurnika. Jeszcze tylko kilkanaście godzin tutaj, 6 godzin w pociągu i już będę w swoim bezpiecznym azylu. Jak miło i przyjemnie. Szkoda mi tylko jednego, siostrzyczki, sama tu zostanie zdana na łaskę lub niełaskę tych no, no wiadomo kogo, skąposzczetów i tym podobnych stworów. No, ale siostrzyczka na razie kuper w jacuzzi moczy i podrywa pana z recepcji, więc bawi się dobrze. A ja żeby też poczuć się choć trochę fajnie, zrobiłam słodkie kosteczki z kaszy manny z sosem czekoladowym z okazji rozpoczynającego się dziś tygodnia kaszy manny organizowanego przez Elizę.



Kostka z kaszy manny z sosem czekoladowym
-60 g kaszy manny
- 250 ml mleka lub wody
- jajko
- cynamon
- cukier
- 2 kostki czekolady gorzkiej
- łyżeczka wiórek kokosowych
Kaszę wymieszać z mlekiem i cukrem i doprowadzić do wrzenia. Zmniejszyć ogień i gotować ok. 10 min. Odstawić na ok. 2-4 minuty do lekkiego ostudzenia, po czym wymieszać dokładnie z jajkiem i cynamonem. Wylać na prostokątny talerz/formę i zostawić na 1 godzinę. Po tym czasie kaszę pokroić w małe prostokąty i smażyć na patelni teflonowej delikatnie posmarowanej oliwą.
W czasie smażenia w rondelku podgrzać odrobinę mleka i wrzucić czekoladę z wiórkami (ja to robiłam w "łaźni wodnej". W ten sposób robimy sos.
Zrumienione kostki z kaszy wyłożyć na talerz i polać sosem. Podawać gorące.


przepis na kostkę

Z widelcem po Eurpie

piątek, 13 lutego 2009

Same Pokręcone Absurdy

Zawsze się zastanawiałam po co ludzie piją alkohol. Dziwiło mnie tłumaczenie, że lepiej się dzięki niemu bawią, zwłaszcza gdy widziałam kwaśne miny przy jego przełykaniu. Heh, ja tam potrafię świetnie się bawić i bez alkoholu i przez wiele lat udowadniałam to co krok.
Ale dziś dostrzegłam jego dobrą stronę. Alkohol rozwiązuje język i w pewnych sytuacjach jest to bardzo dobra rzecz. Człowiek może dowiedzieć się tylu ciekawych rzeczy, a to o latających kaktusach, a to o wypadających oknach, a to, że na przykład nie ma jaj.
Jak dobrze, że nie mam jaj, bo co ja bym z tymi jajami poczęła? Przecież jajecznicy bym nie usmażyła no nie ;)
No, ale nie o alkoholu miało być, tak mnie jakoś naszło o napisaniu o nim, bo powinnam właśnie drinkować i oblewać...święty spokój! O tak, moja życiowa zmora rodzinnego domu znikła na jakiś czas i w końcu czuję się swobodnie. Szkoda tylko, że z nią znikła moja przyszywana siostrzyczka i nie ma kto mi uszu obgryzać. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, przynajmniej nikt nie kradnie mi majtek z łazienki gdy się kąpię ;)
A gdzie znikła ta łobuziara? A do SPA sobie pojechała... tak do SPA. Ja to nawet nie powąchałam nigdy takiego miejsca, a taka gówniara już się tam byczy ;)

A tak w ogóle to teraz ja gryzę w tym domu. Spaliłam chleb!!! Obecny w tym domu piekarnik ma chyba jakieś nieziemskie grzanie, po 15 minutach w 200 stopniach (a powinien się piec 35 w tej temp) był brązowy jak brąz ;) Wrrr!

Tak więc co ja mogę zjeść w ramach pocieszenia, a zarazem świętowania? No wiadomo coś z brokułami i może z orzechami? A może do tego jeszcze dodać zdradzoną ostatnio przeze mnie fetę? No oczywiście, niebo w gębie wyjdzie;)



Kuskus z fetą i brokułami
•55g kaszy bulgur
•100g różyczek brokuł
•sok z cytryny
•1/3 rozgniecionego ząbku czosnku
•30g sera feta, pokruszona
•pól pokrojonego pomidora
•10g orzeszków nerkowca, uprażone
•posiekana natka pietruszka, pieprz
Kasze zalać osolonym wrzątkiem i odstawić, aż dojdzie ;). Brokuły ugotować na parze, mają być al dente. Kaszę wymieszać z różyczkami brokuł, czosnkiem, sokiem z cytryny, pietruszką i pomidorem. Posypać fetą i orzeszkami. Popieprzyć świeżo zmielonym pieprzem.



Inspiracja

czwartek, 12 lutego 2009

Z niektórych rzeczy się nie wyrasta ;)

Przekora, o tak, tak nazywali mnie dziadkowie i hrabianka mama, gdy byłam jeszcze pisklęciem. Wszystko robiłam odwrotnie niż mi radzono, mówiono lub co gorsza kazano. Wszystko na przekór. Na przekór rodzinie, na przekór koleżankom, na przekór… sobie.
Miałam powiedzieć tak, mówiłam nie, miałam zjeść obiad, chciałam kolację, miałam wrócić przed północą, wracam nad ranem… I tak przez te naście lat.
Do dziś mam pozostałości swojego przekorstwa, które zauważam co krok. I nieraz się na tym nieźle przejechałam.
Na przykład dziś. Zachciało mi się makaronu z jakimiś orzeźwiającymi dodatkami. W kuchni znalazłam i pomidora i oliwki i fetę. Pomyślałam super kombinacja, ale po chwili przemówił moje przekorne ja, które stwierdziło, a co będziesz robić tak jak inni, czemu pomidory i feta i oliwki to fajne połączenie. O nie, Ty zrobisz inaczej, zamiast fety weźmiesz… twaróg. I taki był koniec mojego orzeźwiającego makaronu. Twaróg i koniec. Mimo, ze feta wołała: zjedz mnie, to ja nie, uparcie chciałam twaróg. No co za cholercia mnie podkusiła? Czemu nie wzięłam tej fety no!
Nie, no złe nie było, powiedzieć tego nie mogę, ale czegoś było brak, a czegoś za dużo. Za dużo kwaskowatego smaku twarogu, za mało słonego smaku fety. No po prostu, tu zamiast twarogu powinna być feta i tyle na temat.
Następnym razem będę wiedziała, a dla ciekawskich lub lubiących to połączenie i tak przedstawiam tą moją wymyślną kombinacje ;)



Makaron z pomidorami, oliwkami i serem
- 70 g makaronu
- pół pomidora pokrojonego w kosteczkę
- oliwki czarne, kilka sztuk
- ser biały, tu twaróg, ale polecam fetę, ok. 50g
- garstka prażonego ziarna słonecznika
- świeżo mielony czarny pieprz, oregano, sól
Makaron ugotować al. dente. Oliwki pokroić w obrączki. Ugotowany makaron wymieszać z pomidorem, oliwkami i serem. Przyprawić do smaku pieprze, solą i oregano. Posypać prażonym słonecznikiem.

wtorek, 10 lutego 2009

Nie byle jaki bąk, taki ludzki ;)

Życie jest przewrotne. Nie raz, nie dwa płata nam figle, łamie przyjęte zasady, obyczaje. Sprawia, że dochodzimy do absurdalnych wniosków, uświadamiamy sobie rzeczy, które w zasadzie nie powinny mieć miejsca, są niedorzeczne, nie do wyobrażenia dla innych. A jednak my ich doświadczamy i co gorsza zdajemy sobie z nich sprawę.
I ja właśnie zrozumiałam co tak ciągnęło mnie do rodzinnego domu, domu, z którego uciekłam przy pierwszej nadarzającej się okazji. Cichego, szarego, pozbawionego życia i uczuć. Pełnego smutku, żalu i zawiści. Ludzi, którzy żyją kosztem innych, promieniują egoizmem i egocentryzmem.
A co mnie ciągnęło? Ta mała kuleczka, która właśnie zapadła w słodki sen, która co chwila zmienia pozycję, bo jej nie wygodnie lub za ciepło. Która co chwila warknie przez sen, lub co gorsza puści bąka ;) I to nie byle jakiego bąka.
Ta mała kuleczka, szary i ponury dom zmieniła w dom pełen radości, śmiechu, przekrzykiwań. Bo jak się nie śmiać z takiego łobuza, który zachowuje się jak człowiek i cieszy się na Twój widok. Jak jej nie kochać przez jej łobuzowaty charakterek, małe kradzieże, no i zniszczenia których dokonuje swymi ostrymi kiełkami. No jak?
Jak tak mała kuleczka potrafi ożywić pustkę i ciszę wypełniającą cztery ściany. To nie ludzie, nie muzyka, a właśnie taki mały psiak dają Ci siłę, wiarę i nadzieje. To nie bliskich tulisz co rano, a właśnie takiego małego stwora. Dla niego właśnie budzisz się szczęśliwy, że to już koniec nocy i zaczyna się nowy dzień pełen niespodzianek i psot…

A w ramach nowych doznań i smaków, dałam dziś ponowną szansę soczewicy, która za pierwszym razem zraziła mnie do siebie. Dziś swoją nową szansę dostała soczewica czerwona i chyba przeszła I etap castingu pozytywnie. Dziś się jej udało, więc jej ostatecznie nie skreślam, jeszcze pojawi się na moim talerzu, co by w 100% przekonać francuskiego pudelka do siebie ;)



Kuskus z awokado i soczewicą

1 porcja
•30 g kaszy kuskus
•30 g czerwonej soczewicy
•pomidor
•pół awokado
•ząbek czosnku
•sok z cytryny
•łyżeczka sosu sojowego
•szczypta soli, pieprzu, bazylii i ziół prowansalskich
Gotujemy soczewicę, a kaszę zalewamy wrzątkiem i zostawiamy (soczewicę na małym ogniu) do czasu, aż dojdą a dochodzą szybko;)W tym czasie pomidora i awokado kroimy w kostkę, awokado skrapiamy sokiem z cytryny by nie zciemniało. Kuskus mieszamy z soczewicą, pomidorem i awokado. Wyciskamy na to ząbek czosnku, przyprawiamy do smaku. Mieszamy dokładnie :)

Inspiracja


niedziela, 8 lutego 2009

Odkrywcą być...

Dziś sobie uświadomiłam bardzo interesującą rzecz. Coś co widziałam na co dzień, i pewnie nie tylko ja, ale jakoś nie zdawałam sobie z tego sprawy. Jestem uzależniona od makaronu! Tak, właśnie od makaronu.
Jedni na poprawę humoru zjadają czekoladę, a ja… Nie raz, w chwilach smutku, przygnębienia, samotności, słyszałam od znajomych zjedz czekoladę, od razu poziom endorfin Ci podskoczy i poczujesz się lepiej. Co wtedy robiłam? Szłam do kuchni i gotowałam makaron, a do niego wrzucałam co mi wpadło pod rękę. W sumie z tego powodu też powstał ten blog, nieraz fajne rzeczy wychodziły i chciałam je gdzieś zapisać i puścić w świat.
Ile to razy chciałam przejść na jakąś dietę, ale gdy widziałam, że wyklucza ona makaron, od razu mówiłam jej dowidzenia, może innym razem się spikniemy.
Wprawdzie był w moim życiu okres, gdy naczytałam się głupot i bałam się, w pełnym tego słowa znaczeniu, bałam się jeść makaron! Ale wtedy moje życie było jeszcze gorsze niż teraz. Wmawiałam sobie, że to wina pogody, sesji, życiowych porażek, ale kurcze nie. Chodziłam jak zdjęta z krzyża, ospała, taka mały osioł. I dopiero teraz pojęłam o co w tym chodziło. Glukoza do krwi nie dociera do mnie z cukrów czekoladowych, a z makaronowych.
Zresztą nie tylko z makaronowych, ale też ryż, kasza to jest to co kurczaki lubią najbardziej. Gdyby tak przejrzeć zapisane przeze mnie przepisy to 90% to dania z makaronu, kaszy, ryżu.
Oczywiście staram się nie szaleć, ale zauważyłam, że ostatnio jem makaron codziennie, ba dziś nawet był dwa razy. Trochę przesadzam, jak z kawą (nikt nie widzi, ze znów piję i to o 22 wieczorem ;) ) i muszę przystopować, bo niedługo i siłownia nie pomoże, ale już znalazłam swój antydepresant. Makaron, i w mniejszym stopniu ryż i kasza :)
Kurde jak niewiele do szczęścia potrzeba. A może ja mam coś z Rosy z La cuciny ;)

p.s. zaraz ktoś napisze że mam psychoze maniakalną dwubiegunową, wczoraj smutaśna notka, a dziś radosna i wesoła. Heh, być może mam, ale do szpitala nie idę, tam jest nie dobry makaron ;p

A dziś zrobiłam sobie dwa razy makaron i to dwa razy z przepisu Rain1drop, znanej mi bardziej jako Mała Mi ;)
Pierwszy makaron już robiłam jakiś czas temu, nie dawno zresztą Mała Mi podała go na swym blogu. Bardzo aromatyczny, gdzie aromat grzybów idealnie łączył się z białym sosem i usmażonym kabanosem (Mała Mi robiła z boczkiem, no ale wiadomo, ja nie tykam ;) ). Makaron był boski i myślę, że bez dodatku mięsnego byłby również smaczny (dla wege-czytelników ;) ).



Na kolację natomiast zjadłam Kremowe fusilli z łososiem. Zaraz pewnie odezwą się głowy serek topiony beeee (Zemfi kiedyś coś o tym pisałaś na blogu, przy zupie serowej), ale w tym daniu idealnie skleił wszystkie składniki i zrobił fajną paćkę ;)



Ogólnie to polecam, no! Dzięki Mi za pyszne inspiracje.



Przepisy zaczerpnięte z blogu Rain1drop (Małej Mi) i zarazem z forum CinCin (z moimi modyfikacjami i zmianą proporcji składników).

Kremowe fusilli z łososiem Małej Mi
•makaron świderki – 70g
•łosoś wędzony – 30 g
•śmietana 12% - 3-4 łyżeczki
•serek topiony – 1 trójkącik
•szczypior (dałam suszony)
•pieprz
•czosnek
•masło
Makaron ugotować, odcedzić. Łososia pokroić w małe kawałki, szczypior posiekać (jeśli bierzemy świeży).
W głębokiej patelni podsmażyć na łyżeczce masła nieduży, przeciśnięty ząbek czosnku. Podlać odrobiną wody, wlać śmietanę i dodać serek topiony, pokrojony w plasterki. Mieszać do rozpuszczenia serka. Doprawić czarnym pieprzem. Dodać makaron, wymieszać, zestawić z ognia.
Do makaronu domieszać 1/2 łososia i 1/2 szczypioru. Po wyłożeniu na talerze udekorować porcje pozostałym łososiem, posypać szczypiorkiem.

Fusilli z białym sosem
•makaron fusilli – 70 g
•śmietana 12% - 2-3 łyżeczki
•żółtko
•starty żółty sera – ok. 15 g
•boczek (kabanos)
•suszone grzyby – 30 g
•czosnek - troszeczkę
•pieprz biały lub czarny - wedle gustu.
Grzyby kruszymy i zalewamy niewielką ilością wrzątku, tak by je zakrył. Przykrywamy miseczką i odstawiamy.
W tym czasie gotujemy makaron, a na patelni podsmażamy pokrojony w kosteczkę kabanos. Gdy się zrumieni, patelnie ściągamy z ognia, dodajemy śmietanę, żółtko i energicznie mieszamy. Dorzucamy grzyby, ser, i świeżo zmielony pieprz i trochę czosnku, do smaku. Cały czas mieszamy, aż ser się rozpuści. Mieszamy z makaronem na patelni.